Byłem skazany na układanie cegieł i mieszanie betonu

73
Fot. mc

Z Jasonem Doylem, australijskim żużlowcem, liderem klasyfikacji Grand Prix IMŚ, rozmawiają Mariusz Cwojda i Jakub Gralik

Czy już można panu gratulować tytułu mistrza świata? Pana przewaga nad drugim w klasyfikacji Patrykiem Dudkiem wynosi 14 punktów i do zakończenia rywalizacji pozostał jeden turniej.
Nie ma mowy o świętowaniu. Nie chcę przypominać, co było rok temu. Wtedy bardzo się sparzyłem. Miałem szansę na tytuł i wszyscy wiedzą, jak się skończyło. Dlatego dmucham na zimne. Pełna koncentracja i dopiero po zawodach o Grand Prix Australii będę szczęśliwy lub załamany, gdyby coś nie wyszło.

Zostać mistrzem świata i odbierać medal w ojczyźnie, to chyba największa nagroda dla sportowca
Marzę o tytule i australijskim hymnie w obecności rodaków. Zawodom będzie towarzyszyć duża presja. Turniej odbędzie się za trzy tygodnie, a już dzisiaj rozmawiamy o nim, jakby miał wystartować jutro. Nie lubię podgrzewania atmosfery. Co będzie, to będzie. Medale zostaną rozdane.

Już się pan denerwuje, a co będzie w dniu zawodów?
Mały stres towarzyszy mi przed każdym startem. Na szczęście, potrafię sobie z nim radzić.
W pościgu za liderem klasyfikacji Grand Prix najmocniejszy wydaje się być Patryk Dudek.

Analizując wyniki i klasyfikacje punktową, musiałby się stać cud lub jakiś kataklizm, żeby stracił pan prowadzenie…
Patryk Dudek jest bardzo mocny, ale nie tylko on. Grupa pościgowa nabrała dużego rozpędu. Każdy będzie chciał się pokazać. Także zawodnicy, którzy walczą o miejsce w ósemce lub o tzw. dzikie karty. Poza tym, Polaków startuje czterech. Mogą sobie podpowiadać, pomagać sobie, mimo że każdy jedzie na własny rachunek.

Nie oszukujmy się, pan w tym roku zasłużył na tytuł mistrza świata
Dziękuję za uznanie.

Kto w pana ocenie, powinien otrzymać stałe dzikie karty w 2018 roku?
Zdecyduje o tym kierownictwo BSI. Chciałbym, żeby było więcej Australijczyków w żużlowej elicie. Ale nie wiem, czy są szanse. Być może dostaną szansę zawodnicy, którzy odpadli z powodu kontuzji. Mają nazwiska w speedwayu i ugruntowaną pozycję. Przyciągają kibiców na stadiony. Mam na myśli, Grega Hancocka i Nickiego Pedersena. Obaj w przyszłym roku chcą się ścigać. BSI może sięgnie po młodszych jeźdźców i dostaną szansę. Na szczęście, to nie jest mój kłopot.

Pana historia, jako żużlowca jest dziwna i pokręcona. Nabierze jeszcze większego kolorytu, gdy zostanie pan mistrzem.
Ja zaczynałem jeździć na motorze w wieku 3 lat. Przepraszam, na motorku, który dostałem od taty. To był skuterek. Mój ojciec, Kevin był żużlowcem. Ścigał się głównie w Australii. Wtedy jeszcze nie były popularne wyjazdy do Europy i starty w lidze angielskiej lub innej lidze. Tata przez rok lub dwa terminował na wyspach. Trafił do klubu z Oxfordu. Próbowałem go naśladować. Ale w wieku 10 lat porzuciłem motory. Zacząłem grać w baseball. Nieźle mi szło, dostałem propozycję wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Wtedy myślałem, że zostanę zawodowym baseballistą. Że świat otworzył przede mna swoje bramy.

Cały artykuł w 41 numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*