Krzysztof Tarka kocha i nienawidzi jednocześnie

80
Fot. ARCHIWUM KRZYSZTOFA TARKI

Krzysztof Tarka, wschowski podróżnik, po raz trzeci odwiedził Indie. Dotąd wszem i wobec powtarzał, że Indie kocha, a dziś zgadza się z tymi, którzy twierdzą, że kraj ten można kochać i nienawidzić jednocześnie. Na autorską wyprawę na południe półwyspu: od Madrasu do Przylądka Komoryn wybrał się w towarzystwie żony Marioli oraz kolegi: Tomasza Musielaka. Tym razem od samego początku podróżnikom towarzyszył pech.

– W organizacji miał nam pomóc Polak mieszkający w New Delhi. Deklarował, że zajmie się rezerwacjami hoteli i przejazdów dla naszej trójki, a tymczasem na pięć dni przed wyjazdem okazało się, że poważnie zachorował i nic nie załatwił. Chciałem zrezygnować, ale bilety lotnicze stanowiące największy koszt tej wyprawy były już kupione. Z przerażeniem zacząłem wszystko planować od nowa i rezerwować noclegi przez internet– relacjonuje Krzysztof Tarka.

Na dzień przed wyjazdem, choć wcześniej tego nie robił, pan Krzysztof postanowił sprawdzić w jakim stanie jest jego aparat fotograficzny. Okazało się, że jest zepsuty! W biegu kupował nowy sprzęt. Zamówił też kamerę, ale ta doszła do adresata dopiero po wylocie. Zamiast do Wschowy sprzedawca wysłał ją do Warszawy. Kiedy kamerę przekierowano do Wschowy on był już w drodze na lotnisko. Państwo Tarkowie byli tak zestresowani zaistniałą sytuacją, że zaczęli pakowanie dopiero na pięć godzin przed wyjazdem.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły nam, żeby nie jechać. Wszystko się psuło. W pracy powiedziałem koleżankom, że jeśli nie wrócę, to znaczy że zepsuło się coś więcej niż sprzęt… – żartuje K. Tarka.

Czarny humor towarzyszył mu do końca wyprawy. Inaczej by zwariował. Gorączkowe przygotowania w Polsce były tylko skromnym początkiem przygód, na które wschowianie nie mieli żadnego wpływu. Najdziwniejszą sytuacją jaka ich spotkała był strajk całego miasta w stanie Kerala. Mieszkańcy protestowali przeciwko wycinaniu drzew w dżungli. Rząd miał w planie wybudowanie w ich miejscu osiedli mieszkaniowych. Rozpętały się zamieszki.

O drugiej w nocy obudziły nas krzyki, awantury, bieganina po hotelu. Wszyscy pospiesznie się wyprowadzali. Nie wiedzieliśmy co robić? Rano okazało się, że miasto otoczyła policja. Wszystko było nieczynne: sklepy, restauracje, transport. Musieliśmy opuścić hotel bez zaopatrzenia. Do tego obowiązywał zakaz wyjeżdżania z miasta. Uratował nas człowiek, który dzień wcześniej zorganizował nam safari i z którym nawiązaliśmy doby kontakt. Kiedy telefonicznie poprosiliśmy go o pomoc przysłał po nas swojego kuzyna i samochód – relacjonuje Mariola Tarka.

Bagaże ukryli pod kocami. Kiedy dojechali do rogatek negocjacje z policją trwały blisko godzinę. W końcu funkcjonariusze przepuścili ich przez kordon. Część kolejnych miast była pozamykana, musieli więc korzystać z objazdów. Aby wyjechać z zagrożonej strefy podróż trwała wiele godzin.

Trasa wiodła z Madrasu przez francuską kolonię Puducherry w stronę świątyni w Thanjavur. Podróżnicy mieli listę świątyń, które chcieli obejrzeć. Niestety, niewielu mieszkańców południowych Indii włada angielskim. Trafili na barierę językową.

Omyłkowo skierowano nas do świątyni, która nie figurowała na naszej liście. Trafiliśmy na dziwną procesję. Na naszych oczach mężczyźnie, który kroczył na jej przedzie rozgrzanym prętem od długości około 1,5 metra przebito policzki! Nogi ugięły się pod nami. Chwilę później człowiek ten został podwieszony na hakach wbitych w skórę. Na wyboistej indyjskiej drodze cały czas się niebezpiecznie kołysał. Atmosfera była tak dziwna, że nie dotrwaliśmy do końca procesji – zdradza Krzysztof Tarka. Karolina Bodzińska

Cały artykuł w 19. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*