Mamo, czuję się tak, jakbyś to ty mnie urodziła

495
Rodzina Ferensów z Ponieca w komplecie Fot. archiwum rodzinne

Gdy Magdalena Ferens z Ponieca po raz pierwszy zobaczyła zdjęcia Martyny i Marka, łzy same spłynęły jej po policzkach. Anna Klimpel ze Święciechowy nigdy nie zapomni, kiedy Liwia, myśląc o niej, zapytała: „A mama gdzie jest? ” Dziś, przed Dniem Matki, pani Magdalena i pani Anna opowiadają nam, jak zdecydowały się na adopcję i jak to jest być matką adopcyjną.

Pani Magda wiedziała, że wraz z mężem nie będą mogli mieć dzieci. Cztery lata temu postanowili, że zostaną rodziną adopcyjną. Podczas pierwszej rozmowy z nią związanej zapytano ich, jakie dziecko chcieliby przyjąć do siebie. Początkowo myśleli o małej dziewczynce, która nie ukończyła jeszcze roku. Życie napisało inny scenariusz, który w pełni zaakceptowali. Do ich domu trafiły niespełna pięcioletnie bliźnięta.

– To jest tak, że w trakcie warsztatów, spotkań, które przechodzi się przed adopcją, człowiek dojrzewa do pewnych decyzji. My dojrzeliśmy do tego, że chętnie przyjmiemy starsze dziecko, a także do tego, że możemy zaadoptować dwójkę dzieci – mówi Magda Ferens.

Choć od tamtego momentu minęły ponad trzy lata, doskonale pamięta telefon z ośrodka adopcyjnego i przebieg rozmowy, podczas której dowiedziała się, że czekają na nich Martyna i Marek. Bliźnięta miały wówczas cztery lata i dziewięć miesięcy. Najpierw państwo Ferensowie usłyszeli historię dzieci z ust psychologa.

Nie widziałam jeszcze ich zdjęć, ale na podstawie tego, co usłyszałam, już wiedziałam, że dzieci będą nasze. To się czuje… – wspomina mieszkanka Ponieca.

[…]

Trzeba było jakoś przełamać pierwsze lody, dlatego mieszkańcy Ponieca przywieźli bliźniętom w prezencie ciastolinę. Wspólnie z dziećmi zaczęli się nią bawić. Kolejne spotkanie z Martyną i Markiem trwało już cały dzień. Wtedy też dzieci usłyszały od swoich opiekunów, że przyjechali do nich mama i tata. Po wspólnie spędzonych godzinach bliźnięta pytały, kiedy ich przyszli rodzice przyjadą znowu.

Po jakichś dwóch tygodniach od pierwszego spotkania dzieci trafiły do naszego domu. Już pierwszego dnia musiały zwiedzić wszystkie jego zakamarki. Pytały o każdą rzecz: czy mogą dotknąć, wziąć do ręki. Nie docierało do nich, że te rzeczy są specjalnie dla nich. Kiedy zasnęły, przez całą noc patrzyliśmy, jak śpią – wspomina ze wzruszeniem Magda Ferens.

[…]

Podobnie o swoich doświadczeniach adopcyjnych mówi Anna Klimpel. Tym, którzy wahają się, czy przyjąć pod swój dach starsze dzieci, mówi wprost, że wahania nie mają sensu.

Takie dzieci potrafią docenić to, co się im oferuje. Często wciąż mają w pamięci wcześniejsze, nierzadko bardzo traumatyczne doświadczenia. Są wdzięczne, że trafiły do ludzi, którzy postanowili obdarować je bezinteresowną miłością – podkreśla mieszkanka Święciechowy.

Przez długi czas nie mogła zajść w ciążę. Kiedy w końcu pięć lat po ślubie się udało, poroniła. W głowie pani Anny już od dłuższego czasu kiełkowała myśl o adopcji. Wiedziała jednak, że musi to być wspólna decyzja jej i męża.

Mąż potrzebował nieco więcej czasu, by oswoić się z tą myślą. W końcu, widząc kiedyś bawiącą się moją bratanicę, zapytał: „A co byś powiedziała, gdyby tu taki bąbel biegał po podwórku?” Zrozumiałam, że jest już gotowy – Anna Klimpel wraca pamięcią do wydarzeń sprzed kilku lat.

Na dziecko czekali dość długo. Kilka razy odbierali telefony z pytaniami, czy na pewno nie rozmyślili się w kwestii decyzji o adopcji.

[…]

I doczekała się. Liwia miała wtedy osiem lat. Jest bardzo żywiołowym dzieckiem, ale podczas pierwszego spotkania ze swoimi przyszłymi rodzicami była nieco wycofana, chowała się za wychowawczynię. Jednocześnie cały czas przyglądała się wnikliwie ludziom, którzy do niej przyjechali. Anna i Henryk Klimpelowie przywieźli jej grę planszową. Nie wiedzieli, czym się interesuje, tymczasem okazało się, że z prezentem trafili w dziesiątkę.

Wspólnie siedli przy stole i zaczęli grać. Kolejnego dnia mieszkańcy Święciechowy znów pojechali odwiedzić dziewczynkę. I wtedy stała się rzecz niezwykła. Siedzieli razem w pokoju. Pani Anna została wywołana przez opiekunów dziewczynki na korytarz. Liwia początkowo tego nie zauważyła, a gdy w końcu dostrzegła nieobecność pani Anny, zapytała pana Henryka:
A mama gdzie jest?
Co ty powiedziałaś? – zapytał z niedowierzaniem w głosie.

Dla mieszkańców Święciechowy niewiarygodne było to, że ośmiolatka tak szybko w swojej głowie poukładała sobie pewne rzeczy. Później były kolejne odwiedziny. I następne. Po miesiącu Liwia zamieszkała w Święciechowie. 1 czerwca, a więc dokładnie w Dniu Dziecka, miną dwa lata, odkąd trafiła do domu państwa Klimpelów. Uwielbia śpiewać, tańczyć, chętnie uczęszcza na zajęcia kółka tanecznego zespołu pieśni i tańca Marynia w Święciechowie. Szybko zaaklimatyzowała się w swoim nowym domu. Anna Maćkowiak

Cały artykuł w 21. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*