Maszynista zakochany w wąskotorówce

46
Dla pasażerów Śmigielskiej Kolaejki Wąskotorowej pan Mieciu to człowiek legenda Fot. Bogdan Ludowicz

Aż 40 lat swojego życia zawodowego Mieczysław Łupicki z Widziszewa poświęcił Śmigielskiej Kolei Wąskotorowej. Trwa przy niej wiernie, bez względu na to czy czasy dla wąskotorówki są bardziej czy mniej łaskawe. Rozpoczynając pracę w Śmiglu był jedną z ponad stu zatrudnionych tam osób, a dziś – oprócz niego – na kolejce pracuje jeszcze tylko jeden kolega.

To człowiek o dobrym sercu, z wielką dozą cierpliwości, zawsze pełen pomysłów i inicjatywy, a w Śmigielskiej Kolei Wąskotorowej jest po prostu zakochany – twierdzi jego młodszy kolega Norbert Kozłowski. – Potrafi i robi tu niemal wszystko: naprawia tabor, torowisko, sprząta i oczywiście w dalszym ciągu pełni funkcję maszynisty. Jego wiedza na temat pojazdów trakcyjnych jest bezcenna i nieoceniona. Mając odpowiedni sprzęt potrafi naprawić prawie wszystko.

Pan Mieczysław przyznaje, że praca na kolei była jego świadomym i w pełni przemyślanym wyborem. Żadnego innego nigdy nie brał w ogóle pod uwagę. Może dlatego, że mieszka w budynku dworcowym? Charakterystyczny stukot kół pociągów towarzyszy mu więc w dzień i w nocy.
Z zawodu też jest kolejarzem, ukończył leszczyńską szkołę zawodową. W stolicy byłego województwa jako młody chłopak rozpoczął pracę na PKP. Po czterech latach, gdy pojawiła się taka możliwość, przeniósł się do Śmigla.

Z przyjemnością – śmieje się M. Łupicki. – Zawsze miałem do wąskotorówki słabość. Mieszkam niedaleko, dojeżdżałem nią do szkoły… Poza tym w latach 70-tych zarobki były tu dużo wyższe, bo można było brać nadgodziny. Przynosiłem więc do domu jeszcze raz tyle, co wcześniej.

Początkowo pan Mieczysław był zatrudniony na stanowisku rzemieślnika, następnie maszynisty spalinowych pojazdów trakcyjnych II klasy, dalej rewidenta taboru kolejowego I klasy oraz starszego maszynisty spalinowego pojazdu trakcyjnego. Dziś pełni funkcję „człowieka orkiestry” – koordynuje wszystkie prace.

Nie dość, że 40 lat przepracował w jednym miejscu to jeszcze doświadczenie zdobywał praktycznie na wszystkich stanowiskach. Taka sytuacja nieczęsto się zdarza. Myślę, że dla obecnego pokolenia jest wręcz niemożliwa – podkreśla Norbert Kozłowski.

Pan Mieczysław z sentymentem wspomina czasy, gdy kolejka kursowała codziennie, a pasażerów było tak wielu, że wagony „pękały w szwach”.

Jeździliśmy wówczas aż do Wielichowa. Ostatni pociąg na miejsce docierał o godz. 23.00, a już następnego dnia o godz. 4.00 odjeżdżał pierwszy poranny. Woziliśmy ludzi do pracy, dzieciaki do szkół. W Starym Bojanowie przesiadali się do zwykłych pociągów do Leszna i Poznania – z nieskrywanym żalem wspomina M. Łupicki. Anna Machowska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*