Mnisi pracują. Nakazał im to założyciel zakonu

155
Ojciec Patryk Ostrzyżek zajmuje się produkcją, promocją i sprzedażą nalewek Fot. mach

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że mnisi w lubińskim opactwie oddają się nie tylko modlitwom, ale też… pracy. Każdy z kilkunastu zakonników zamieszkujących klasztor podejmuje zajęcia, które pomagają utrzymać się wspólnocie. Obecnie najbardziej rozpoznawalnym dziełem ich rąk jest Benedyktynka, czyli likier na bazie spirytusu i 21 ziół, który zaczęli sprzedawać już w 2006 roku. Mniej znane, choć równie wyjątkowe, są też lubińskie produkty krawieckie, umiejętności kowalskie jednego z braci, a od niedawna także lubińska ceramika.

Moja pracownia powstała niecały rok temu. Choć pomysł zajęcia się ceramiką zrodził się we mnie dużo wcześniej i powoli kiełkował. Zaczęło się chyba w 2014 roku, gdy razem z ojcem Maksymilianem Nawarą gościłem w klasztorze benedyktynów w Belgii. Działa przy nim galeria artystyczna. Zachwyciły mnie ich wyroby ceramiczne i po raz pierwszy pomyślałem, że być może w przyszłości sam mógłbym takie wyjątkowe rzeczy robić – mówi mnich zajmujący się ceramiką, który podkreśla, że pragnie pozostać anonimowy, bo czuje się częścią wspólny i przez jej pryzmat chce być postrzegany.

Lubińscy mnisi w swoim podejściu do pracy nie są odosobnieni. W życiu wszystkich benedyktynów ogrywa ona ważną rolę. Święty Benedykt z Nursji, założyciel zakonu, w swojej regule nakazał bowiem braciom pracować fizyczne, podkreślając, że bezczynność jest wrogiem duszy. Polecił wręcz, aby w obrębie murów klasztornych znajdował się ogród i rożne warsztaty.

W Europie Zachodniej produkty wytwarzane przez mnichów na podstawie tradycyjnych receptur – zwykle utrzymywanych w ścisłej w tajemnicy- cieszą się dużym powodzeniem. Klasztory skupiają się zwykle na produkcji jednego, ewentualnie kilku specjałów. I tak na przykład węgierskie opactwo Pannonhalma i włoski klasztor Muri-Gries wytwarzają wina, a benedyktyni z toskańskiego Monte Oliveto Maggiore – oliwę. W Polsce bardzo popularna jest właśnie wspomniana Benedyktynka, produkowana przez spółkę mnichów z Lubinia. Dodajmy, że ów ziołowy likier powstał ponoć już w 1510 roku w opactwie na północy Francji. Od XVI wieku receptura rozprzestrzeniała się po benedyktyńskich klasztorach, a zakonnicy modyfikowali ją wykorzystując autorskie zestawy ziół. Autorem polskiej wersji jest zmarły niedawno ojciec Karol Meisner, zakonnik i lekarz, który kilkadziesiąt lat temu przywędrował do Lubinia z Tyńca.

Nasi zakonnicy na początku nie mieli o niej pojęcia – zdradził nam już kilka lat temu ojciec Patryk Ostrzyżek, odpowiedzialny w lubińskim klasztorze za produkcję nalewek. – Ojciec Karol ofiarował często gościom klasztoru butelki z tajemniczym trunkiem, ale nam nie dane było go skosztować. Zmieniło się to, gdy jeden z braci zachorował i ojciec Karol podał mu nalewkę. Nazajutrz w klasztorze wybuchła epidemia, bo okazało się, że trunek jest nie tylko leczniczy, ale też smaczny i każdy chciał go spróbować.

Od 2012 roku lubińscy mnisi produkują również mniej znane i cenione, ale smaczne… nalewki owocowe. Jako pierwsze pojawiły się: aroniowa, pigwowa i cytrusowa. Potem przyszedł czas na: kawową, berberysową, dereniową oraz z czarnego bzu, granatu, głogu i tarniny. Można je kupić w butelkach o różnej pojemności w wielu sklepach w całej Polsce, które współpracują z lubińskimi mnichami, oczywiście w klasztornej furcie lub też nabyć drogą internetową.

Nie jesteśmy klasztorem żebraczym – podkreśla mnich. – Utrzymujemy się z pracy własnych rąk. Anna Machowska

Cały artykuł w 35. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

9 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*