Mówią o nich Anioły Śmierci

132
W wielu przypadkach opiekunowie są dla seniorów nie tylko wsparciem, ale także przyjaciółmi Fot. arch

Dorota, Jolanta i Krystyna to trzy niezwykle dzielne, dojrzałe leszczynianki, które mimo licznych obaw postawiły wszystko na jedną kartę i wyjechały do pracy za granicę. U podłoża ich decyzji leżała trudna sytuacja finansowa. Na co dzień opiekują się niemieckimi seniorami i – jak szczerze wyznają – jest to wyczerpujące zajęcie. Fizycznie i psychicznie. Zdarzało się im płakać z bezsilności i tęsknoty za bliskimi, ale jednocześnie wszystkie czują, że ich praca jest wyjątkowa. To misja. U schyłku życia ofiarowują innym ludziom swoją przyjaźń, otwierają przed nimi serce. Niektóre z nich towarzyszyły swoim podopiecznym aż na drugą stronę tęczowego mostu… To właśnie o nich nasi zachodni sąsiedzi mówią Anioły Śmierci.

Krystyna Mieczysława Ogrodniczak jest pogodną, szczupłą i niezwykle energiczną 63-latką. O jej wyjeździe za granicę zadecydował przypadek. Osiem lat temu trafiła do szpitala. Na łóżku obok leżała kobieta, której pani Krysia okazała życzliwość.

Dla mnie nie było problemem umycie jej włosów czy podanie kubka wody. Powiedziała, że widzi mnie w roli opiekunki i zadeklarowała, że załatwi mi pracę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pół roku później zadzwoniła i powiedziała, że jadę do Niemiec! – referuje pani Krysia.

Bała się okropnie, ale jej renta wynosiła wówczas niecałe 700 zł, z tego 400 zł pochłaniał czynsz. Ledwo wiązała koniec z końcem, a kiedy przyszło jej zapłacić prolongatę za grób najbliższych – bezradnie rozłożyła ręce. 500 zł na ten cel było poza jej zasięgiem.

Pojechałam. Porwałam się na to bez znajomości języka! Każdego dnia uczyłam się nowych słówek, w trakcie rozmów z moją podopieczną. Pamiętam, że kiedy przyjechał w odwiedziny jej syn zapytałam, czy napije się kawy. Odrzekł „gerne”. Poszłam do kuchni i głowiłam się, co to znaczy? Chce czy nie? Na wszelki wypadek kawę zrobiłam. I dobrze, bo jego odpowiedź brzmiała: „chętnie” – śmieje się pani Krysia.

Wróciła po 11 tygodniach mając 11 tysięcy w kieszeni.

Czułam się jak boss! – uśmiecha się. – Po kilku latach mogłam kupić sobie własne mieszkanie, wyposażyć je w nowe meble. Czy w naszym kraju mogłabym się tego dorobić?

Pani Krysia jest ciepłą osobą. Trzykrotnie towarzyszyła swoim podopiecznym w ostatniej drodze.

Pamiętam kiedy zmarła jedna z seniorek. Była cudowna. Do 76 roku życia prowadziła własną kawiarnię. Kiedy do niej pojechałam była grubo po dziewięćdziesiątce. Po trzech miesiącach zaczęła przygasać. Odeszła przy mnie. Zanim powiadomiłam jej bliskich pięknie ją wyszykowałam. Chociaż tyle mogłam dla niej zrobić… – wspomina pani Krystyna.

Agencja zauważyła, że pomaga w ostatnich tygodniach życia i zaczęła to wykorzystywać wysyłając tylko do osób będących u schyłku swoich dni.

W końcu się zbuntowałam – przyznaje.

Dziś przebiera w ofertach. Nie pojechała do małżeństwa, gdzie pan wymagał opieki, a jego małżonka była mobilna.

W zgłoszeniu deklarowała, że chętnie pomoże w gotowaniu. Dwie kobiety w jednej kuchni? O nie, dziękuję – uśmiecha się pani Krysia.

Jej partner, Stanisław, także jeździ jako opiekun do Niemiec. Jego pierwsze zlecenie?

Pojechałem w pobliże Essen. Do Włocha, który mówił po francusku. Przez rok studiowałem we Francji więc jakoś się dogadaliśmy – uśmiecha się pan Stanisław.

Pan Stanisław przekonuje, że mężczyźni także doskonale odnajdują się w roli opiekunów, choćby z uwagi na tężyznę fizyczną.

Myślę o założeniu własnej firmy we Francji. Jako opiekunów chciałbym zatrudniać właśnie mężczyzn – zdradza swoje plany leszczyniak.

Jolanta Klecha jest z wykształcenia nauczycielką nauczania zintegrowanego. Uczyła maluchy, aż sama została mamą. Swoim córkom chciała dać to, co najlepsze, czyli mamę na pełen etat.

Zrezygnowałam z pracy zawodowej, a kiedy córki poszły na studia, zaczął się okres reform w oświacie i nie miałam do czego wracać. Jednocześnie rozstałam się z mężem, więc moja sytuacja finansowa stała się dramatyczna. Kiedy dostałam propozycję opieki nad niemal stuletnią panią, postanowiłam wyjechać, mimo iż wówczas nie znałam niemieckiego. Czułam się jak papierowa łódeczka przemierzająca ocean – zwierza się Jolanta Klecha.

Trafiła na cudowną rodzinę, a i tak początkowo dużo płakała. Z tęsknoty, czasem bezsilności. Jednocześnie uczyła się języka. Sama, bazując na materiałach od zaprzyjaźnionego małżeństwa. Musiała dogadać się w markecie czy u lekarza. Dziś, kiedy zjeżdża do Polski, dwa razy w tygodniu szlifuje język w prywatnej szkole. Chce porządnie nauczyć się gramatyki, bo nie lubi popełniać błędów językowych. Jest ambitna.
U swojej pierwszej podopiecznej spędziła 10 miesięcy. Karolina Bodzińska

Cały artykuł w 11. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*