Nadgorliwość gorsza od…

109
fot. mac

Przy okazji wtorkowej wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Rawiczu mieliśmy sprawdzian czujności służb dbających o bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie. Skrupulatnie kontrolowano zarówno dziennikarzy, jak i mieszkańców chcących podejść bliżej głowy państwa. Generalnie po ostatnich wpadkach drogowych z udziałem pojazdów rządowych, BOR, policja i inne służy są bardzo wrażliwe. Czy może teraz już przesadzają?

Wspominałem kiedyś, jak będąc na urlopie, przypadkowo trafiliśmy na wizytę w Łebie ówczesnego prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Karnie ustawiłem się więc w szpalerze, by podać mu rękę i jeszcze zdążyć sobie zrobić fotkę. Oczywiście, prezydenta ochraniali BOR-owcy, a na dachu jednej z kamienic zauważyłem snajpera. Nie trzeba było jednak przechodzić przez żadne bramki, nikt nie sprawdzał nam toreb, choć wręczane przez niektórych prezydentowi upominki były przejmowane przez ochronę. Nie dało się jednak odczuć, że jesteśmy nachalnie kontrolowani.

Minęło kilka lat, zmienił się rząd i prezydent, a po drodze było kilka wpadek z udziałem służb ochraniających najważniejsze osoby. Ostatnie tygodnie to już pasmo poważnych zaniedbań, że wspomnę tylko o wypadkach z udziałem ministra obrony Antoniego Macierewicza i premier Beaty Szydło. W tym drugim przypadku opinię publiczną zdumiał fakt, iż zderzenie z małym seicento spowodowały takie uszkodzenia w opancerzonej limuzynie, a obrażenia doznane przez panią premier zmusiły ją do kilkudniowego pobytu w szpitalu. Same okoliczności wypadku też są niejasne, zwłaszcza to, czy kolumna rządowych aut poruszała się prawidłowo, jeśli chodzi o odległości i stosowane sygnały ostrzegawcze.

Według relacji naszego reportera wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Rawiczu przebiegała bez niespodzianek, ale i ze zwiększoną czujnością BOR-u i policji. Nie dało się już tak łatwo dostać się do prezydenta, co poniekąd zrozumiałe z powodu niedawnych wpadek Biura Ochrony Rządu czy Żandarmerii Wojskowej. Niektórzy zastanawiają się jednak, czy obecnie nie nastąpi przechył w drugą stronę?

Jak podała „Gazeta Wyborcza”, policja odwiedziła w domu niepełnosprawnego Mariusza Barczaka z Warszawy, który dał na Facebooku prowokacyjny wpis. Poinformował, że 21 marca rozwali swój samochód na autostradzie i nie wie czy wyjdzie z tego cało. Całość miał nagrać i udostępnić. Obiecał, że postara się zrobić to tak, aby nikt nie ucierpiał. „Wiem, że o wiele bardziej spektakularne byłoby, gdybym uderzył np. w kolumnę rządową” – dodał. Zaniepokojony tym wpisem jeden z internautów powiadomił policję i ta pojawiła się szybko w domu pana Mariusza. Wyjaśnił im, że to był rodzaj prowokacji, by zwrócić uwagę ludziom, iż chętnie składają się na rozbite seicento, a nie są skorzy do datków na fundację, która on prowadzi. Mimo to pogotowie zabrało pana Mariusza na konsultację psychiatryczna do szpitala w Tworkach.

Policja tłumaczy, że musieli tak postąpić, bo wyglądało to na zapowiedź samobójstwa. Mariusz Barczak zapewnia, że nie zamierzał targać się na swoje życie, ma narzeczoną i zamierza żyć długo i szczęśliwie. Ale mieszkaniec warszawskiej Białołęki osiągnął swój cel: od czasu kontrowersyjnego wpisu na FB na koncie fundacji Normalna Przyszłość ma już 5 tys. zł.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*