Najmniejsze sołectwo przeszło do historii wraz z ostatnim sołtysem

174
Gdyby nie stary, lekko przekrzywiony drogowskaz przy polnej drodze, trudno byłoby tu dojechać. Fot. mach

Gdyby nie stary, lekko przekrzywiony drogowskaz przy polnej drodze, trudno byłoby tu dojechać.

Przed dziewięciu laty, zaraz jak się tu sprowadziliśmy, przyszedł do nas sołtys. Serdecznie powitał i od progu zaznaczył, że na takiej wsi z sąsiadami trzeba żyć lepiej niż z rodziną. Mieszkaliśmy tu wówczas jedynie my i oni, reszta domów stała pusta – wspomina Sebastian Świergocki, obecnie jeden z dziewięciu stałych mieszkańców Ostrawy w gminie Wąsosz.

Szybko przekonaliśmy się, jak wiele prawdy było w jego słowach. Przyszła trąba powietrzna, która zerwała nam dach. Uszkodziła też linie energetyczne we wsi. Przez kilka dni byliśmy zupełnie odcięci od świata – dodaje ze grozą jego żona Marlena Świergocka.

Podobnych wsi, w których zamieszkałe domy można policzyć na palcach jednej dłoni, jest niewiele w naszej okolicy. Wąsoska Ostrawa jest wśród nich jednak wyjątkowa. Choć po prawdzie należałby już użyć czasu przeszłego. Do ubiegłego tygodnia bowiem była również sołectwem, jednym z najmniejszych, albo nawet najmniejszym, nie tylko w regionie, ale nawet w kraju. To prawdziwy fenomen! W każdej wsi sołeckiej,oprócz sołtysa, każdorazowo trzeba wybrać także radę sołecką. W Ostrawie niemal wszyscy pełnoletni mieszkańcy stali więc u steru władzy!

Na ostatniej sesji radni podjęli decyzję o włączeniu sołectwa Ostrawa do sołectwa Lubiel. Wieś wciąż istnieje. Straciła jedynie status sołectwa – wyjaśnia Grzegorz Kordiak, wiceburmistrz Wąsosza. – Nie ukrywam, że zmiana ta wiąże się z niedawną śmiercią wieloletniego sołtysa Ostrawy Zbigniewa Dobrowolskiego.

O byłym sołtysie wszyscy – zarówno mieszkańcy wsi, jak i gminni urzędnicy – wypowiadają się z wielkim szacunkiem i sympatią. Podkreślają jego mądrość i oddanie rodzinnej miejscowości.

Gdyby nie on, Ostrawa już dawno nie byłaby sołectwem – przyznaje G. Kordiak. – Był wzorem prawdziwego społecznika. Swoją funkcję pełnił ponad pół wieku!

Po raz pierwszy został sołtysem w 1965 roku. Miał 23 lata, a Ostrawa miała wówczas aż 15 numerów i w każdym domu ktoś mieszkał – z dumą podkreśla Józefa Dobrowolska, sołtysowa, jak ją we wsi wciąż nazywają.

Wiceburmistrz Kordiak z uśmiechem wspomina zebrania wyborcze w Ostrawie. Z racji braku świetlicy odbywały się one w domu państwa Dobrowolskich. Dodatkowo musieli na nie jeździć pracownicy urzędu w Wąsoszu, bo w przeciwnym razie nie byłoby komu zasiadać w komisji skrutacyjnej, która liczy głosy i sama nie może brać udziału w głosowaniu.

Obecnie na stałe w Ostrawie zameldowanych jest dziewięć osób. Zamieszkują trzy domy. Dwa inne zajęły czasowo, ale być może zostaną dłużej, trzy kolejne osoby. To przyjezdni z Wrocławia. Uciekli z miasta, bo mieli dość tłumów, zgiełku i hałasu. Ostrawa dała im ukojenie. Nie dość, że otoczona jest lasem, to jeszcze urokliwie położona, z dala od głównych dróg, w widłach dwóch rzek: Baryczy i Łachy.

Te rzeki to nasze błogosławieństwo i przekleństwo. Dzięki nim widoki mamy przepiękne, ale przez wiele lat, wiosną, gdy wylewały, nasza wieś zamieniała się w wyspę. Bywało, że pod wodą były nie tylko pola, ale też droga. Na szczęście pod dom nigdy nam nie podeszła – wyznaje pani Józefa.

Cały artykuł w 21. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*