Niemal codziennie narażeni są na wyzwiska i obelgi. Bywa też gorzej.

212
Praca ratowników medycznych bywa wyjątkowo niewdzięczna. Niosą pomoc innym, a coraz częściej spotykają się z przejawami agresji Fot. Fot. Bogdan Ludowicz

Ludzie, walczący o czyjeś zdrowie, życie czy bezpieczeństwo, coraz częściej stają się ofiarami agresji. Nie ma tygodnia, aby ktoś nie obdarzył ich niewybrednymi epitetami. Bywa też, że są popychani, szarpani lub opluwani, a w ekstremalnych przypadkach – nawet pobici. Najczęściej z takimi zachowaniami spotykają się ratownicy medyczni i policjanci prewencji. Bo to oni są na pierwszej linii frontu.
Do wiadomości publicznej te sensacje przedostają się jednak rzadko. Dość dodać, że w naszym regionie w ubiegłym roku w mediach pojawiły się raptem dwie informacje o ataku na ratowników medycznych. Pierwsza z tych historii wydarzyła się w Lesznie. W listopadzie podczas imprezy integracyjnej w jednej z firm 40-letni mężczyzna spadł ze schodów. Już w karetce zaczął się agresywnie zachowywać. Przyczyną najpewniej był alkohol, bo pacjent miał blisko 2 promile. W szpitalu uderzył pięścią w twarz jednego z ratowników. Chwilę później poszkodowany został kolejny, który próbował obezwładnić mężczyznę.

Drugi odnotowany w lokalnych mediach przypadek agresji wobec ratowników medycznych miał miejsce w Górze. Tam w grudniu ubr. wezwana do mieszkania załoga karetki została zaatakowana przez pacjenta. Na miejsce przyjechali więc policjanci, a wówczas agresor rzucił się również na nich. Funkcjonariuszom udało się go jednak obezwładnić. Dla bezpieczeństwa eskortowali ambulans przewożący mężczyznę do szpitala.

Agresywni pacjenci są zmorą nie tylko ratowników medycznych, ale całego personelu medycznego na oddziale ratowniczym. Niestety, takich przypadków jest coraz więcej. Zwykle powodem jest alkohol, narkotyki lub inne substancje psychoaktywne, czyli tzw. dopalacze. Rzadziej, ale zdarza się, że odpowiada za to choroba pacjenta – ujawnia Tomasz Karmiński, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Lesznie.

Szef leszczyńskiej placówki przyznaje, że przepychanki i wyzwiska kierowane w stronę personelu są już na porządku dziennym. Każdy z takich przypadków odnotowany jest w księdze raportów lekarskich i pielęgniarskich po zakończonym dyżurze. Do sądu trafiają jednak wciąż nieliczne z nich. Dlaczego? Bo pracownicy oddziału ratowniczego nie nadążyliby chodzić na rozprawy. Warto zaznaczyć, że są oni funkcjonariuszami publicznymi, dlatego według Kodeksu karnego za ich znieważenie oraz naruszenia nietykalności cielesnej grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat trzech.

Kościan pod tym względem nie różni się od Leszna – mówi Robert Skrzypczak,ratownik medyczny z 30-letnim stażem, pracujący w kościańskim szpitalu. – W tym roku moi koledzy skierowali już do sądu trzy sprawy związane z agresywnymi pacjentami, choć było ich zdecydowanie więcej.

Pierwsza dotyczyła ataku pijanego pacjenta z użyciem noża. Doszło do tego na szpitalnym oddziale ratunkowym. Na szczęście skończyło się na strachu, nikt nie został poszkodowany, ale było naprawdę groźnie. W drugim przypadku ratownik medyczny został kopnięty przez pacjenta z taką siłą, że wypadł z samochodu. Trzecia sprawa wciąż jest w toku i dotyczyła czynnej napaści na ratownika.

Kościański ratownik zaznacza, że on i jego koledzy wyzwiska starają się puszczać mimo uszu, choć nie jest to ani miłe ani łatwe. W momencie, gdy agresor od słów przechodzi do czynów, wzywają na pomoc policję.

Dziś bardzo często dyspozytor, gdy przyjmuje zgłoszenie, a w tle słyszy zdania typu: „Gdzie te ch… są?”, na miejsce wysyła nie tylko załogę karetki, ale też patrol policji – zaznacza R. Skrzypczak. Anna Machowska

Cały artykuł w 36. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*