Oświadczyny: duży stres czy małe piwo?

69
Fot. arch

Wyjdziesz za mnie? ” to jedno z najważniejszych pytań, jakie mężczyźni zadają kobietom. Wymaga nie lada odwagi, bo przecież zawsze można usłyszeć odmowę. Niektórzy z oświadczynami czekają na idealną chwilę, inni planują wszystko z najdrobniejszymi szczegółami przez długie miesiące. Wśród naszych rozmówców są zwolennicy tradycji, romantycy i osoby wyjątkowo praktyczne. Łączy ich jedno: stuprocentowa skuteczność.

Krzysztof Tarka, podróżnik ze Wschowy wspomina, że jego zaręczyny to raczej mało romantyczna historia, choć nie obyło się bez spektakularnego wydarzenia.

Po pięciu miesiącach od poznania stwierdziliśmy, że to jest to i że chcemy być razem. Być może Mariola miała wtedy więcej wątpliwości, niemniej opowiadając mi pewnego dnia o pierścionku jaki sobie chce kupić stwierdziliśmy, że może jednak kupię go ja i będzie to okazja do zaręczyn. Dość szybkich, bo ślub planowaliśmy dopiero za dwa lata. Tym sposobem pewnego dnia z pierścionkiem i dwoma bukietami róż (jeden dla przyszłej małżonki drugi dla przyszłej teściowej) wraz ze swoim ojcem wyruszyłem na zaręczyny. Wszystko niby ustalone, mowa przygotowana, ale stres i tak był. W domu Marioli padam na kolana i pytam jak na starającego się zalotnika przystało: „Czy zostaniesz moją żoną? ” W odpowiedzi słyszę: „Nie” – relacjonuje Krzysztof Tarka.

W tym momencie poczuł, że cały jego misterny plan poszedł w diabły.

Moja mina z pewnością bezcenna, konsternacja u rodziców równie duża. W głowie rodzi się plan, jak tu się sprawnie i godnie ewakuować, gdy okazuje się, że zaszło nieporozumienie. Nie ostatnie, ale z pewnością pierwsze w naszym związku. Zanim zdążyłem pomyśleć, że oto zostałem naciągnięty na pierścionek, Mariola wyjaśniła, że chodzi o to, że do ślubu przecież zostały dwa lata i najpierw będzie narzeczoną, a wiele się może jeszcze wydarzyć. Był to klasyczny przykład, że kobiece „nie”, nie zawsze oznacza: nie. Polski himalaista i alpinista Aleksander Lwow napisał książkę „Zwyciężyć znaczy przeżyć” parafrazując jego słowa, moje przeżycie z tego dnia można by zatytułować „Dostać kosza znaczy zwyciężyć” – śmieje się wschowski podróżnik.

Z kolei Mateusz Brzezewski, lekarz weterynarii z Leszna, o małżeństwie myślał od pewnego czasu, ale zanim zainwestował w pierścionek oświadczył się pod wpływem wyjątkowej chwili.

Oczywiście w gabinecie. Działałem impulsywnie, bo nie chciałem przegapić idealnego momentu. Chyba się udało, bo mimo iż byliśmy parą od początku studiów zaskoczyłem Monikę i na jej odpowiedź musiałem poczekać, aż przestanie płakać. Pierścionek narzeczona dostała dopiero po oświadczynach – wspomina Mateusz Brzezewski.

Czy bał się wchodząc w nową rolę? Przyznaje, że czuł lekki niepokój. W końcu żegnał się „z wolnością”. Strach miał jednak wielkie oczy, bo dziś jest szczęśliwym mężem, ojcem i spełniającym się zawodowo człowiekiem. Karolina Bodzińska

Cały artykuł w 6. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*