Piorun był jak kula ognia

124
Jerzy Wojciechowski pokazuje, jak wygląda poddasze spalonego domu Fot. ama

Noc z piątku na sobotę (11-12 sierpnia) rodzina Wojciechowskich z Brzezia w gm. Gostyń najchętniej wymazałaby z pamięci. Będzie to jednak bardzo trudne, bowiem w jednej chwili straciła dach nad głową.

Prawie wszyscy byli już pokąpani. W kolejce zostałam tylko ja z mężem. Właśnie miałam iść do łazienki, gdy usłyszałam potężny huk – wspomina Cecylia Wojciechowska. – I dobrze, że nie poszłam tam chwilę wcześniej, bo od strony łazienki poszło największe uderzenie.

Od uderzenia pioruna zapalił się dom mieszkańców Brzezia. Spłonęło całe piętro. Konieczna jest odbudowa. Państwo Wojciechowscy zostali tymczasowo zakwaterowani w świetlicy wiejskiej.

Krótko przed tym, zanim rozegrał się dramat, pani Cecylia rozmawiała z córką, która – po operacji – dochodzi do siebie w centrum rehabilitacji w Osiecznej. Mówiły o tym, że mocno się chmurzy. Wszystko to miało miejsce około godziny dwudziestej pierwszej.

Praktycznie było już po burzy – mówi Jerzy Wojciechowski. – Wyszliśmy z synem na dwór zobaczyć, czy nie wyrządziła większych szkód. Dzieci patrzyły przez okno, czekając na przyjazd strażaków, bo niedaleko na drogę przewróciło się drzewo i trzeba było je usunąć. Wróciliśmy do domu i krótko potem w nas huknęło.

Sąsiedzi mówili później, że ten piorun był jak kula ognia – dodaje żona.

W domu znajdowało się wtedy dziesięć osób. Z dwunastoosobowej rodziny brakowało tylko przebywającej w Osiecznej córki oraz pracującego za granicą zięcia. Ich syn, 8-letni Nikodem, został pod opieką dziadków. Chłopiec bardzo bał się burzy. Pani Cecylia tłumaczyła wnukowi, że tylko pójdzie się umyć i wróci. Wtedy zaskoczyło ich uderzenie.

Piętro poszło…! – pani Cecylia usłyszała krzyk męża, który był wtedy w kuchni. Wzięła za rękę przerażonego Nikodema i zaczęła uciekać. Choć rozmawiamy prawie tydzień po tych dramatycznych wydarzeniach, siedząc przed świetlicą wiejską w Brzeziu, przy słonecznej pogodzie, opowiada tę historię drżącym głosem. Mówi, że to, co przeżyła, jest nie do opisania.

Huk był potężny. Myślałem, że cała góra się zawaliła – Jerzy Wojciechowski do dziś nie może pojąć, jak w jednej chwili żywioł mógł posiać takie spustoszenie. – Nie było prądu, a przez moment zapaliły się wszystkie lampy. Cała instalacja jest spalona.

Synowa zbiegła z góry, wołając: „Już się palimy!” Wtedy pani Cecylia przypomniała sobie słowa swojej matki, która przed laty tu mieszkała: „Pamiętaj Celinka, jak coś się stania, to uciekaj, bo ty masz dom z drewna”.

Mieliśmy bowiem dużo boazerii – tłumaczy mieszkanka Brzezia.

Już na dworze próbowała uspokoić Nikodema, mówiąc mu, że jego ojciec ma w Niemczech pokój, więc chłopiec będzie miał gdzie mieszkać. Łzy jednak same napływały jej do oczu. Wtedy chłopiec z pełnym przekonaniem w głosie powiedział: „Babciu, nie martw się, zabiorę cię ze sobą, a mama na razie i tak jest w szpitalu”.

Pan Jerzy pobiegł na piętro, gdzie spały pozostałe wnuki. Przy łóżku jednego z nich, tuż przy głowie, wyleciało gniazdko i zapalił się tapczan.
Wyjąłem go z łóżka, podałem synowi i zacząłem gasić. Okazało się jednak, że główny ogień był w innej części budynku – wspomina mieszkaniec Brzezia.

Zbiegł na dół, na dworze było już mnóstwo okolicznych mieszkańców, którzy robili wszystko, bo pomóc w ratowaniu dobytku i gaszeniu pożaru. Ktoś zapytał, czy butle odcięte są od gazu. Okazało się, że nie były. Zaczęła się więc kolejna walka z czasem i strachem. Butle udało się odciąć. Anna Maćkowiak

Cały artykuł w 34. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*