Na planie pije tylko wodę. Lubi swoich bohaterów, choć zwykle gra drani

64
Fot. Bogdan Ludowicz

Z Marianem Dziędzielem, aktorem teatralnym i filmowym, rozmawia Anna Machowska

Podobno nie obyło się bez problemów z pana przyjęciem do szkoły teatralnej?
Faktycznie. Profesorom przeszkadzał mój silny śląski akcent. Kazali mi się go pozbyć. Nie chodziło o to, że „godołem” zamiast mówić, ale o to, jak mówiłem. Przyjęto mnie warunkowo, dając pół roku na poprawę.

To było duże wyzwanie?

Na pewno, bo często nawet nie zdawałem sobie sprawy, że mówię z akcentem. Uwidaczniało się to dopiero przy okazji tekstów scenicznych. Profesorowie od dykcji i fonetyk musieli mi uświadomić, w którym momencie wychodzi ze mnie Ślązak. Z czasem było mi już coraz łatwiej korygować błędy i zacząłem mówić piękną polszczyzną. Zresztą nie mogło być inaczej. Obiecałem, że dam radę, więc musiałem dać. Przyznam jednak, że wciąż jeszcze jadąc w rodzinne strony, do brata do Gołkowic, bo rodzice już nie żyją, od razu zaczynam mówić po „naszemu” i zostaje mi to na kolejne trzy dni. Znajomi, którzy mnie spotkają, śmieją się, że od razu widać, gdzie byłem.

A jak to się stało, że chłopak z małej śląskiej wsi, na dodatek syn górnika, zapragnął zostać aktorem?

Sam nie wiem, ale chyba głównie dzięki tacie, który zajmował się amatorsko teatrem i był wielkim fanem literatury. Po prostu wyrosłem w takiej rodzinie. Moje dzieciństwo przypadło na lata 50. XX wieku. Były to czasy, gdy telewizor nie był dobrem powszechny. My go w domu nie mieliśmy. Owszem, czasami wpadałem do kolegi obejrzeć „Kabaret Starszych Panów”, ale generalnie dla rozrywki uciekałem w świat książek i literackiej fikcji. W prawdziwym teatrze też bywałem często, bo jeśli nie ojciec to nasza polonistka, która była pasjonatką wielkiej sceny, zabierała nas do Katowic. Poza tym miałem świadomość, że chłopak ze wsi może być aktorem. Przede mną został nim Franciszek Pieczka, który pochodzi z sąsiedniej wsi.

Czy z perspektywy czasu uważa pan, że dobrze pokierował swoim życiem?
Miałem to szczęście, że u mnie nie było regresu w zawodzie. Nigdy nie musiałem szukać sobie innego zajęcia. Obok filmu zawsze był teatr, który przez wiele lat był najważniejszy. Była też „Piwnica pod Baranami”. Jeśli miałbym jeszcze raz stanąć przed wyborem, nic bym nie zmieniał i postawiłbym na aktorstwo.

Czym się pan kieruje przyjmując rolę w danym filmie? Często pan odmawia?
Nie robi się w Polsce tak dużo filmów, aby nie wiem, ile scenariuszy można byłoby odrzucić. Jeśli uznam, że materiał jest ciekawy, to wchodzę w to. Nie ma znaczenia czy nad obrazem pracuje znany reżyser czy też ktoś, kto dopiero debiutuje za kamerą. Odmawiam tylko wówczas, jeśli czegoś naprawdę nie czuję.

W ostatniej dekadzie zagrał pan wiele ról, które przyniosły panu dużą rozpoznawalność i uznanie. Nie ma pan jednak żalu, że większość tych postaci to ludzie o trudnym charakterze, często źli, albo nawet bardzo źli, których po prostu trudno polubić?
Nie, to jest dla mnie wyzwanie. Staram się ich bronić. Dążę do tego, aby dzięki mnie widzowie dostrzegli w nich jakiś pierwiastek dobra. Nikt nie jest przecież jednowymiarowy. Poza tym oni tylko z pozoru wydają się podobni. W rzeczywistości kierują nimi różne pobudki. Zupełnie inny jest Dziabas w „Domu złym”, Wojnar w „Weselu” czy Zygmunt w „Krecie”.

Pana bohaterowie nie wylewają też za przysłowiowy kołnierz. Trudno się gra postać, która – delikatnie rzecz biorąc – jest niemalże cały czas na rauszu?
Można się przyzwyczaić. Co więcej, muszę chyba być w tym dość przekonujący, bo wiele osób mnie pyta, jak w ogóle mogę grać, jeśli aż tyle piję. Nie wierzą, że my w tych butelkach na planie mamy jedynie wodę, a nie wódkę. Tłumaczę im wówczas, że przecież gdybym musiał naprawdę tyle wypić, to już dawno wysiadłaby mi wątroba.

Cały artykuł w 48. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*