Po śmierci bliskiej osoby swoje trzeba wypłakać, czasami nawet wykrzyczeć

64

Marzena potrzebowała pięciu miesięcy, aby wyjąć z szaf rzeczy nieżyjącego męża. Wyznaje, że prędzej nie mogła tego zrobić, bo chyba nie docierało do niej to, że on naprawdę już nigdy nie wróci. Anita niemal przez rok od śmierci mamy każdy dzień zaczynała od wizyty na cmentarzu. Jechała na jej grób, aby przywitać się przed lekcjami, sobotnimi zakupami czy niedzielną mszą świętą. Tylko wówczas mogła normalnie funkcjonować. Bożena krótko po śmierci córki zaczęła pisać do niej listy. Na bieżąco relacjonowała w nich wszystko, co działo się w ich rodzinie i miejscowości, ale przede wszystkim pisała o swojej tęsknocie i miłości do niej.
Bez wątpienia śmierć bliskiej osoby jest najbardziej bolesnym doświadczeniem, z jakim człowiek musi się zmierzyć. Co gorsza, sama śmierć to w rzeczywistości dopiero początek cierpienia. Najtrudniejsze jest bowiem pogodzenie się ze stratą i życie bez osoby, która była dla nas najważniejsza na całym świecie.

Niestety, nie ma gotowej recepty na to, jak poradzić sobie z bólem związanym ze śmiercią bliskich – przyznaje Justyna Witczak, psycholog z Leszna. – Każdy człowiek jest inny i inaczej radzi sobie ze smutkiem. Każdy w inny sposób przeżywa żałobę. Bardzo istotne jest jednak, aby sobie na nią pozwolić. Każdy ma prawo mieć poczucie braku i pustki. Ma prawo do łez, buntu, rozpaczy, gniewu, lęku i poczucia osamotnienia. Przeżywanie żałoby to proces reakcji, będącej odpowiedzią na utratę, wraz ze wszystkimi konsekwencjami.

Myślę, że swoje trzeba wypłakać, a czasami nawet wykrzyczeć – potwierdza Marzena z Leszna, która już od kilkunastu lat jest wdową. – Niestety, u nas nie każdemu daje się do tego prawo. Mnie na przykład, wówczas matce dwójki nastoletnich dzieci, wszyscy wokół kazali przestać płakać i brać się w garść, bo przecież mam dla kogo żyć. Doszło do tego, że nie chcąc być posądzona o brak miłości do dzieci, kryłam się ze swoją rozpaczą. Być może dlatego tak długo nie mogłam odnaleźć się w nowym życiu. Poza tym ono mnie zupełnie zaskoczyło. Mąż jak co dzień wyjechał do pracy, ale już z niej nie wrócił. Miał udar, gdy go znaleziono jeszcze żył, ale zmarł nie odzyskawszy przytomności po czterech dniach w szpitalu.

Choć nie można tego generalizować, żałoba zazwyczaj trwa od roku do dwóch lat. Psychologowie dzielą ją na kilka etapów. Na początku jest wstrząs, szok i otępienie. Często towarzyszą im łzy i krzyki rozpaczy. Potem pojawia się zaprzeczenie. Wiara, że za chwilę pojawi się ktoś, kto powie, że to była tylko koszmarna pomyłka, a nasz bliski żyje. Kolejny etape to najczęściej gniew: na Boga, na zmarłego, że odszedł i zostawił nas w rozpaczy, ale też na siebie samych.

Dalej jest właściwa żałoba i związane z nią długie okresy smutku i osamotnienia. Z czasem przychodzi ukojenie. Napady smutku i żalu są coraz rzadsze. Łaskawszym okiem patrzymy na to, co jest i co może wydarzyć się w przyszłości. Na koniec zaczynamy wreszcie akceptować fakt śmierci bliskiej nam osoby.

Mimo pewnych podobieństw, każda strata jest osobistym i niepowtarzalnym doświadczeniem – podkreśla Justyna Witczak. – Zależy od wielu czynników, choćby od: okoliczności śmierci, dojrzałości osobowej, siły relacji i więzi czy też wieku osoby osieroconej i zmarłej.

Szczególnie trudno jest pogodzić się ze stratą dziecka. Rodzice po trosze razem z nim umierają. Opłakują więc śmierć swojej pociechy i własną. Mieszkająca w powiecie kościańskim Bożena była ze swoją córką bardzo blisko. Miały wspólne pasje i marzenia. Dziewczyna zginęła w wypadku latem 2012 roku. Podobnie jak jej rodzice jechała na motocyklu, ale kierowca osobówki, który zaczął właśnie wyprzedzać inne auto, nie zauważył jej i zepchnął do rowu. Anna Machowska

Cały artykuł w 44 numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*