Nie wyrzucaj, podziel się!

79
fot. mac

Zastanawialiście się, ile marnuje się u was w domu jedzenia, zwłaszcza w okresie świąt? Pewnie tak, bo przecież ten problem dotyka prawie każdego z nas. Co roku obiecujemy sobie, że tym razem to już na pewno nie zrobimy tylu dań na wigilię, nie upieczemy trzech rodzajów ciasta i w ogóle będziemy jedli mniej. A potem robimy wszystko po staremu, czyli dużo, więcej i jeszcze więcej! Tylko po co?

Szczęśliwie minął już okres świąt Bożego Narodzenia, Nowego Roku oraz Trzech Króli. To była spora dawka świętowania, rodzinnych spotkań i… biesiadowania. Ze zrozumiałych względów zwracam uwagę zwłaszcza na ten ostatni aspekt, ponieważ dla mnie osobiście nie był to łatwy czas. Dopiero co zakończyłem program Metamorfozy, czego efektem były zrzucone kilogramy, a tu takie wyzwanie! Skończyła się pudełkowa dieta, było mniej czasu na ćwiczenia, więc każdy pytał mnie, jak sobie radzę? Nadrabiałem miną i odpowiadałem, że „jakoś”, chociaż tak naprawdę nie bardzo sobie radziłem. Jak nie spróbować makowca czy sernika w święta czy nie zjeść golonki na przełomie roku?

Lodówka pękała w szwach, choć próbowaliśmy wprowadzić pewne ograniczenia, np. na wigilię były tylko dwa karpie, zrezygnowaliśmy z pieczonego indyka, a makowiec był tylko kupny. Jednak golonki na Nowy Rok się pojawiły, choć wiem, że to niezdrowe. Czego nie zdążyliśmy skonsumować, wylądowało ostatecznie w śmietniku. Bardzo pomocne w selekcji, oprócz naszych zmysłów, były etykiety na gotowych produktach, informujące o terminie przydatności do spożycia. Nawet, gdybym sam tego nie wychwycił, nasze dzieci są pod tym względem czujne. Każdy dzień po dacie ważności oznacza „wyrok śmie (r) ci” dla jogurtu, serka czy ryby. I tak trzeba robić, żeby nie narazić się na rozstrój żołądka czy poważniejsze reperkusje zdrowotne. Owszem, znam ludzi, którzy zjadają – z oszczędności – przeterminowane produkty i cieszą się dobrym zdrowiem, ale nie polecam tej metody.

Dlatego z radością przeczytałem na FB post o jadłodzielni w Lesznie. Pomysł polega na postawieniu w publicznym miejscu lodówki, do której każdy może wstawić zbywający mu produkt żywnościowy i chce się nim podzielić z innymi. I nie chodzi wcale o bezdomnych, lecz np. o studentów, emerytów albo podróżnych, którzy akurat nie mają w danym momencie nic do jedzenia i chętnie skorzystają z produktów w jadłodzielni. Pomysł funkcjonuje na świecie pod nazwą „foodsharing”, gdzie ludzie dzielą się nie tylko żywnością, lecz także sprzętami czy urządzeniami. U nas w Lesznie na uruchomienie takiego punktu wpadły dwie młode kobiety: Katarzyna i Kamila. Piszemy o ich inicjatywie więcej na str. 5.

Dodam tylko, że będę im kibicował, by pomysł dało się u nas zrealizować, a jak będzie mi zbywało żywności, podrzucę coś do lodówki na Nowym Rynku. Wzorem innych krajów takie punkty lokalizuje się w naszych miastach przeważnie na targu, gdzie przewija się sporo ludzi. Oby tylko służby sanitarne przychylnym okiem spojrzały na tę inicjatywę, a ludzie dostarczający żywność i korzystający z niej przestrzegali podstawowych zasad. Nie wolno wstawiać do takiej lodówki np. surowego mięsa czy jaj, a jak chcesz coś zabrać, to tylko w takich ilościach, które są ci potrzebne do zaspokojenia głodu, a nie na zapas.

Robert Lewandowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*