Dęblińskie orły z Leszna

Pamiątkowe zdjęcie z wizyty w szkole lotniczej we Francji. Pierwszy z prawej stoi Hieronim Katarzyński, tuż obok Edmund Klich, a czwarty od lewej - Andrzej Jasiński. Fotografia z 1967 roku fot. facebook.com/jaroslaw.wawrzyniak11

Moje wspomnienia z lotnictwem rozpoczęły się w 1956 r., gdy Leszno po raz pierwszy zorganizowało szybowcowe mistrzostwa świata. Wówczas dwa szybowce zderzyły się nad placem Komeńskiego i jedna z „Jaskółek” spadła na budynek magistratu, w którym dzisiaj jest szkoła – wspomina pułkownik Edmund Klich, pilot rezerwy i były przewodniczący komisji badania wypadków lotniczych. – Nie było to doświadczenie budujące, ale zwróciło mój wzrok w kierunku krążących po niebie szybowców. Zacząłem się nimi interesować. Gdy w szkole odwiedzili nas przedstawiciele aeroklubu, zachęcając do szkolenia szybowcowego, zdecydowałem się.

Edmund Klich marzył o politechnice, bo zamierzał zostać architektem. Chciał projektować nowe osiedla i drogi, a przy desce kreślarskiej zmieniać krajobraz polskich miast. Jednak tuż przed egzaminami na uczelnię zdecydował się na szkołę oficerską w Dęblinie. Wielu ekspertów uważa, że jej bramy opuszczają piloci zaliczający się do światowej elity.

„Szkoła orląt” w Dęblinie była moim drugim wyborem – tłumaczy podpułkownik Andrzej Jasiński, promowany na pierwszy stopień oficerski wspólnie z E. Klichem. –Po maturze zamierzałem studiować ekonomię, ale nie zostałem przyjęty i dlatego przez rok pracowałem w PSS-ach w Lesznie. Dopiero, gdy listonosz przyniósł powołanie do wojska, zrobiłem „unik” i złożyłem dokumenty do Dęblina – dodaje pilot.
Razem z Edmundem Klichem i Andrzejem Jasińskim studiowali także: Hieronim Katarzyński i Jan Wojciechowski, wszyscy z naszego regionu. W 1967 r. z rąk ministra odbierali oficerskie gwiazdki oficerskie wśród 39 promowanych pilotów.

Od pierwszej chwili, gdy usiadłem za sterami samolotu, zakochałem się w lataniu – opowiada Andrzej Jasiński.– Byłem dumny, że mogę latać z szachownicą na skrzydle.

Ppłk Andrzej Jasiński za sterami spędził ponad 2,5 tys. godzin, z tego prawie 1,5 tys. w samolotach naddźwiękowych. Jako jeden z pierwszych latał na MIG-ach 23, należących do pułku lotnictwa myśliwskiego w Redzikowie.

Pamiętam swoje oburzenie, gdy w połowie lat 70. otrzymałem z LOT-u propozycję przeszkolenia na samoloty cywilne. Chociaż oferta była kusząca finansowo, zdecydowanie odmówiłem! Przecież byłem pilotem wojskowym, latającym na samolotach odrzutowych – dodaje.

A. Jasiński na emeryturę przeszedł w 1990 r. W ślady ojca poszedł syn, a później wnuk. Obaj są absolwentami wydziału kształcącego na potrzeby lotnictwa cywilnego. Syn pracuje przy budowie tarczy antyrakietowej w Redzikowie, a wnuk finalizuje formalności związane z licencją pilota zawodowego. Ukończył również prestiżowe studia w Leeds w Anglii.

Jeszcze w czasach studiów, tuż po starcie, wyłączył się silnik w samolocie „Bies”, który pilotowałem, dlatego zostałem zmuszony do awaryjnego lądowania. Zdecydowałem się na ryzykowny manewr „posadzenia” samolotu na polu z ziemniakami. Najadłem się mnóstwo strachu, ale ryzykowny manewr udał się – opowiada Edmund Klich.– Miesiąc wcześniej w pobliżu Radomia zginął nasz kolega z Dęblina. „Iskra”, którą pilotował, wpadła w stado gołębi. Bardzo długo rozmawialiśmy o śmierci naszego kolegi.

Zawód pilota dostarcza nie tylko przyjemności podczas lotu, wiąże się również z wielkim ryzykiem. Niespełna rok po promocji oficerskiej w wypadku lotniczym na samolocie Lim-2 zginął ich kolega Hieronim Katarzyński z Moraczewa. W latach 60. i później za sterami samolotu ginęło około dziesięciu pilotów rocznie. Dariusz Staniszewski

Cały artykuł dostępny jest w 1 numerze Panoramy Leszczyńskiej z 2018 roku.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*