Elżbieta Gołąbek z Leszna odbudowywała Bieszczady

Ta sama ekipa jeździła w Bieszczady przez kilka lat z rzędu. (Elżbieta Gołąbek stoi druga z prawej) Fot. arch

Elżbieta Gołąbek wstąpiła do harcerstwa w 1970 roku, do jedynego w Lesznie szczepu kolejowego, którego założycielem był Tadeusz Berus.
Pochodzę z rodziny kolejowej więc wybór szczepu był dla mnie oczywisty – mówi Elżbieta Gołąbek.

Grupa była wyjątkowa, bo obozowali w pociągach. Nocą spali w wagonach, w dzień zwiedzali. Wieczorem pociąg ruszał dalej.

To była niesamowita przygoda, szczególnie zimą. Warunki w pociągu może nie były fenomenalne, ale nam wydawało się wyśmienite. Łóżka były trzypiętrowe, rozkładane. W środku było ciepło, mieliśmy co jeść, myliśmy się na stacjach kolejowych… To była prawdziwa przygoda! – przekonuje pani Elżbieta.

Latem, od 1971 roku regularnie jeździła w Bieszczady. W latach 70-tych, w ramach ogólnopolskiej harcerskiej operacji „Bieszczady 40” młodzi ludzie zagospodarowywali te rejony. Z tej okazji koło Komańczy utworzono Harcerską Stanicę Ministerstwa Komunikacji i włączono w akcję szczepy PKP z całej Polski.

Patronat nad akcją harcerzy kolejowych przyjął minister komunikacji i przewodniczący zarządu głównego ZZK ( Związek Zawodowych Kolejarzy – przypis red.) Większość odpowiedzialnych funkcji instruktorskich w operacji powierzono harcerzom ze Szczepu Kolejowego w Lesznie – czytamy w Roczniku Leszczyńkim z 1987 roku.

Od lipca 1974 roku do sierpnia 1985 roku w ramch operacji „Bieszczady 40” co roku meldowała się tam kilkudziesięcioosobowa grupa harcerzy z Leszna. Na samym początku akcji warunki były ciężkie. Kiedy zaczynało padać harcerze brodzili po kolana w błocie. Kalosze były nieodzownym elementem ubrania.

Nie przyjeżdżaliśmy „na gotowe”. Sami budowaliśmy obóz od zera. Toalety, czyli wykopane w ziemi dziury nakryte deską, były chyba najsłabszym elementem całego obozu, bo nie były osłonięte. Słońce czy deszcz musieliśmy z nich korzystać – wspomina harcerka.

Harcerze myli się w strumyku, w nim też prali ubrania, czyścili gary i menażki. Na wodzie ze strumyka gotowali obiady. Jedzenie przechowywali w wydrążonych w ziemi dziurach.

I nikt nie chorował – uśmiecha się pani Ela. – Raz w tygodniu grzaliśmy wodę w kotłach w kuchni polowej i kąpaliśmy się.

Podczas jednego z obozów wygłodniali harcerze postanowili „podprowadzić” z kuchni polowej pęto kiełbasy. Wdrapali się na dach kuchni i …z wielkim hukiem spadli na kotły. Przy okazji skąpali się w naszykowanych na rano jajach. Za karę obierali ziemniaki dla całego obozu i pełnili dodatkowe nocne warty. Karolina Bodzińska

Cały artykuł dostępny jest w 6 numerze Panoramy Leszczyńskiej z 2018 roku.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*