Gdy dotknął kubańskiej ziemi, znalazł się w innym wymiarze

Stare samochody na kubańskich ulicach zapierają dech w piersiach. Pan Paweł miał okazję przejechać się chevroletem z 1950 roku. Fot. Paweł Żygadło

Paweł Żygadło z wykształcenia jest lekarzem weterynarii, zawodowo zajmuje się produkcją szczepionek i budowaniem wizerunku firm w internecie. W poprzedniej kadencji posmakował pracy w sławskim samorządzie, a dziś udziela się w radzie sołeckiej wsi Spokojna. Ostatnio sprawdził się jako…. przewodnik po Kubie. Jednym słowem – człowiek orkiestra.

Kiedy robimy coś z pasją, zawsze przyniesie nam to wiele radości. Z tego założenia wychodzi Paweł Żygadło, podejmując się kolejnych, bardzo różnorodnych wyzwań. Przez osiemnaście lat pracował w zawodzie, jako lekarz weterynarii. Zresztą do dziś pełni rolę wiceprezesa Lubuskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej. Od lat działa na rzecz lokalnej społeczności, a niedawno miał okazję przyjrzeć się życiu Kubańczyków, mieszkających w podobnej wsi do jego Spokojnej.

– Moi znajomi otworzyli biuro podróży Flamingo Travel. Dość nietypowe, ponieważ nie organizują dużych wyjazdów do resortów, ale chcą, by ich klienci naprawdę poznali kraj, do którego się udają. Ich oczkiem w głowie jest Kuba. Poprosili mnie o wcielenie się w rolę przewodnika takiej wyprawy – relacjonuje Paweł Żygadło.

Poleciał i przeżył przygodę życia, bo dane mu było poznać Kubę od podszewki. Kiedy jego stopy dotknęły kubańskiej ziemi, znalazł się w innym wymiarze, gdzie wpływy afrykańskie mieszają się z kulturą kubańską.

– Nie da się ukryć, że życie na Kubie do łatwych nie należy. To trochę Polska w czasach PRL. Produkty dostępne są na kartki, a ceny na czarnym rynku osiągają zawrotne pułapy. Kiedy w sklepie pojawi się atrakcyjny towar, natychmiast ustawiają się do niego kolejki – relacjonuje P. Żygadło.

Pensja kubańskiego urzędnika wynosi w przeliczeniu na złotówki około 150 zł. Tymczasem dobry obiad w restauracji, niezależnie od tego czy jest się turystą czy tubylcem, kosztuje około 80 – 100zł.

– Towar jest na kartki m.in.: mięso, cukier, mąka, jajka czy olej. Na jednego obywatela przypada osiem jajek miesięcznie. Skończą się kartki, można kupić jaja na czarnym rynku, ale są 25 razy droższe. Paczka makaronu to wydatek rzędu 8 zł, a dwulitrowy sok jabłkowy kosztuje 12 zł – wyjaśnia pan Paweł.

Co w związku z tym robią Kubańczycy? Masowo imają się dodatkowych prac. Jeśli mają głowę na karku i zmysł do interesów, potrafią nieźle zarobić. Dniówka pracowitego właściciela wózka na kółkach sprzedającego prażynki na promenadzie potrafi wynieść 150 zł.

Z jednej strony Kubańczycy doświadczają biedy i reglamentacji towaru, ale jednocześnie nie przestają się uśmiechać.

– To właśnie jest niesamowite. W dzień się uśmiechają, a w nocy próbują uciekać do USA. Kubańczyk, z którym się zaprzyjaźniłem, dwukrotnie wskakiwał na łajbę i próbował przekroczyć granicę. Dwukrotnie został złapany i obciążono go wysokimi karami – tłumaczy P. Żygadło.

Niewątpliwe Kuba jest krajem bardzo bezpiecznym. Jak przekonuje pan Paweł, nie spotkał się tam z najmniejszym przejawem agresji. Ani przez moment nie czuł się zagrożony przestępstwem. Co trzydzieści, czterdzieści metrów stoją bowiem policyjne patrole.

– Jeśli ktoś ukradłby mi telefon, na 85% sprawca zostałby złapany – zapewnia.

Ulice starej Hawany zachwycają różnorodnością. Stare samochody zapierają dech w piersiach. Pan Paweł jeździł chevroletem z 1950 roku i popijał daiquiri oraz mojito w najbardziej znanej restauracji „Floridita” w hawańskiej La Habana Vieja. Do tej restauracji zaglądał niegdyś Ernest Hemingway.

Kubę, jak mówi P. Żygadło, trzeba doświadczyć z bliska. Zapuścić się do dzielnic, do których nie zaglądają turyści, przejechać się na wieś.

– Byłem ciekawy wsi o wielkości porównywalnej do mojej wioski, czyli tak małej, że nie ma tam nawet sklepu. I odwiedziłem taką wioskę. Ludzie hodują tam kury, kaczki, mają drzewa owocowe i zwierzęta gospodarskie. Wszystko na własny użytek. Okazało się, że absolutnie nie opłaca im się prowadzić dużej hodowli, ponieważ 51% dochodu należy się państwu. Jeśli zwierzę rozchoruje się i padnie, trzeba zapłacić rządowi odszkodowanie. Jednym słowem – kiepski interes – tłumaczy.

Podczas wyprawy, która dla P. Żygadło, była przyjemnością i pracą w jednym, udało się zwiedzić plantację tytoniu, gdzie 80-letni Kubańczyk pokazał mu, jak zrobić własne cygaro.

– Jest duża różnica między prawdziwym cygarem a „udawanym”. To prawdziwe robi się z całych liści i – w przeciwieństwie do kiepskiego cygara ze ścinek – jest wyśmienite – mówi.

Wraz ze swoim kubańskim przyjacielem Eduardo odwiedził też szkołę salsy. Śmieje się, że każdy Kubańczyk rodzi się z muzyką we krwi, a małe dzieci nie chodzą po ulicach, lecz tańczą.

– Wszędzie słychać muzykę na żywo. Ludzi nie stać na alkohol, więc troski odreagowują przy muzyce. Jeśli będziecie na Kubie, spróbujecie dania ropa vieja. To wołowina podawana z kawałkami ananasa, ryżem i awokado – zachęca pan Paweł.

Na Kubie zachwyciły go także okolice Viniales, gdzie można podziwiać m.in. mural w postaci malowidła naskalnego obrazującego życie na ziemi.

– Geograficznie przepiękna kraina, w której podobno narodził się kolor zielony– zapewnia.

A czym warto się przemieszczać po Kubie? Grzechem byłoby nie skorzystać z komunikacji publicznej, czyli przejażdżki starym uralem przerobionym na autobus z ławkami. Nakręcone przez P.Żygadło filmy można oglądać na Facebooku na stronie Flamingo Travel.

Jako przewodnik świetnie się sprawdzi, bo jest wnikliwym obserwatorem i lubi schodzić z utartych ścieżek.

Zwiedzając Kubę warto zejść z utartych ścieżek. Fot. Paweł Żygadło
Kiedy rzucą towar, ustawiają się kolejki jak u nas za PRL. Fot. Paweł Żygadło

Karolina Bodzińska