Kilkanaście lat żyje z cudzym sercem

fot. S. Skrobała

– Wie pani, jak to jest. Człowiek poszedł do lekarza, dostał antybiotyk, ale jak gorączka przeszła, po trzech dniach pojechałem do pracy i doleczałem się sam – Stanisław Kaczorowski z Wilkowic miał wtedy trzydzieści jeden, może trzydzieści dwa lata. Dokładnie nie pamięta.

Powikłania nie przyszły od razu. Po kilku latach zaczęło szwankować serce, do tego stopnia, że były momenty, iż mężczyzna nie mógł oddychać. Konieczny był przeszczep, na cito! Udało się. Dziś, trzynaście lat po tych dramatycznych wydarzeniach, pan Stanisław opowiada nam, jak ważne jest to, by dbać o swoje zdrowie.

Promuje też ideę transplantacji, zwłaszcza wśród młodzieży, podczas spotkań w szkołach. Sam jest bowiem przykładem tego, że gdyby ktoś kiedyś nie zgodził się na pobranie organów, dziś najprawdopodobniej nie mógłby już nikomu opowiedzieć swojej historii.

29 lipca 2002 r. Właśnie tego dnia przeprowadzono u niego przeszczep serca.

Był czas, że czułem się już bardzo źle. Młodym opowiadam zawsze, iż cierpiałem dodatkowo na tzw. chorobę wystawową. Podczas spaceru co kilkanaście metrów stawałem i wpatrywałem się w sklepowe witryny. By przechodniom nie podpadło, że to ze zmęczenia – wspomina pan Stanisław.

W najgorszym momencie tzw. frakcja wyrzutowa jego serca pracowała zaledwie na 13% tego, co dzieje się u zdrowego człowieka. Nie mógł spać. Budził się w nocy z dusznościami i długie godziny spędzał na siedząco, bowiem serce pompowało powietrze już tylko do części jego płuc.

Początkowo leczony był zachowawczo, w końcu lekarz wysłał go na Śląsk, do prof. Andrzeja Bochenka, współpracującego z prof. Zbigniewem Religą. Lekarz stwierdził jednak, że ryzyko niepowodzenia operacji wynosi ponad 60% i nie zdecyduje się na jej przeprowadzenie.

Stanisław Kaczorowski trafił później pod opiekę prof. Mirosława Garlickiego Garlickiego w Warszawie, który uznał, iż operacja jest potrzebna i to w trybie pilnym. Dlatego mieszkający wówczas jeszcze w Lesznie Stanisław Kaczorowski został wpisany na tzw. listę „pilne”, co jest równoznaczne z tym, że jeśli tylko znajdzie się dla niego serce, od razu zostanie przeprowadzona operacja.

– Położono mnie na oddział, a do przeszczepu były trzy podejścia. Pierwszą operację odwołano, bowiem po wnikliwych oględzinach organu pobranego od dawcy – motocyklisty, który zginął w wypadku – okazało się, że ma ono mechaniczne uszkodzenia. A już przygotowywano mnie do tego zabiegu – wspomina Kaczorowski.

Kolejny sygnał: okazało się, że serce jest w Opolu. Poleciał po nie helikopter, który ze względu na złą pogodę musiał jednak lądować we Wrocławiu i ostatecznie minęło zbyt dużo czasu od momentu pobrania serca do chwili, w której mogłoby trafił do biorcy.

– Najlepiej gdy ten czas zamyka się maksymalnie w pięciu godzinach – opisuje mieszkaniec Wilkowic.

Wypisano go do domu, wraz z żoną pojechali na warszawski Dworzec Centralny.

– I wtedy, 4 minuty przed odjazdem pociągu, dostałem telefon, że mam wracać do szpitala, bo jest dla mnie serce – wciąż ze wzruszeniem przywołuje wydarzenia sprzed kilkunastu lat.

Anna Maćkowiak

Cały artykuł w 49. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*