Koldi na medal, kibice do poprawki

fot. mac

Jak każdy szanujący się obywatel miasta Leszna i okolic jestem kibicem żużla, choć od oglądania piłki nożnej też nie stronię. Miniony weekend naszpikowany był imprezami żużlowymi wysokiej rangi z indywidualnymi mistrzostwami Polski na czele. W tym kontekście cieszy zdobycie czapki Kadyrowa przez Janusza Kołodzieja, trochę mniej hejt, jaki urządzili kibice drugiemu na podium Bartoszowi Zmarzlikowi.

Wszystko było ok do czasu aż w piątym biegu starli się, niemal dosłownie, nasz Piotr Pawlicki ze Zmazlikiem właśnie. Piter jechał na końcu stawki, ale spróbował przepuścić ostry atak po wewnętrznej, po drodze atakując zawodnika Stali Gorzów. Sędzia przerwał bieg i wykluczył leszczyńskiego zawodnika. Czy słusznie? Z decyzjami sędziów się nie dyskutuje, zresztą każdy kibic widział, co się stało. Sam Pawlicki ostro przeklinał zaraz po biegu, lecz już w wywiadzie telewizyjnym chwile później był opanowany i wyważony. Oczywiście nie omieszkał wspomnieć, iż Zmarzlik lubi jeździć ostro, ale akurat w tym przypadku to raczej Piter ostro szarżował. Niestety, na stadionie zrobiło się nieprzyjemnie i każdy wyjazd jednego z najlepszych polskich zawodników kwitowany był przez kibiców gwizdami i niecenzuralnymi okrzykami.

Zwrócił na to uwagę m.in. piłkarz reprezentacji Polski Dawid Kownacki, pochodzący z Gorzowa, a prywatnie zagorzały kibic speedwaya. Na swoim profilu na Twitterze napisał: „ Połowa stadionu gwiżdże i krzyczy „wyp…aj” na Zmarzlika. No dramat. Polak na Polaka”. Fakt, zachowanie leszczyńskiej publiki było naganne, ale niestety to nic nowego. Pamiętam, jak w podobny sposób na Smoczyku krzyczało się na Tomka Golloba czy innych czołowych żużlowców Polski, bo w ogniu walki pokonali naszego. A że żużel to sport kontaktowy i co rusz zdarzają się podobne sytuacje, jak ta z piątego biegu…

Nie oznacza to jednak, że za każdym razem powinniśmy psioczyć na sportowców z innych klubów tylko dlatego, że pokonali miejscowego. Taki jest sport: raz się wygrywa, a innym razem ponosi porażkę. Zresztą i w niedzielnych zawodach tak było. Mimo perturbacji w 5. biegu obaj zawodnicy zakwalifikowali się do wyścigu finałowego, gdzie pogodził ich ten trzeci, czyli Janusz Kołodziej. Skromny chłopak z Tarnowa, który w decydującym wyścigu zdobył czwarty już tytuł mistrza kraju. I tym samym wszedł do elity polskich żużlowców. Poza niedoścignionym Tomaszem Gollobem (17 medali) ma już taki sam dorobek (siedem krążków), jak Zenon Plech i Andrzej Wyglenda.

Myślę, że niepotrzebnie Piotr Pawlicki tak emocjonalnie zareagował na wykluczenie, podgrzewając atmosferę na stadionie. A już słowa typu: „Co jest k….? Jechałem swoim torem, do cholery jasnej!” – nie przystoją kapitanowi Byków. Nerwy trzeba trzymać na wodzy, zwłaszcza że każdy ruch i każde słowo rejestrują kamery i mikrofony. Poniekąd rozumiem Pitera, bo dzień wcześniej Bartosz Zmarzlik sprzątnął mu sprzed nosa tytuł międzynarodowego mistrza Polski, ale to nie powód, aby frustracje wyładowywać na koledze z toru.

Robert Lewandowski
redaktor naczelny