Kontrowersyjny i liryczny

112
Maciej Maleńczuk w Lesznie Fot. ama

Wystąpił pan z koncertem, który reklamowany był jako podróż do korzeni. Deklaruje pan jednak, że nie lubi wracać do grup, z którymi współpracował przed laty. Dlaczego?
Do piosenek lubię wracać, natomiast niekoniecznie do ludzi. Są utwory, które gram od początku mojej kariery, czyli od 1982 r. Niektórzy świętują jubileusze wydania tej czy innej płyty. Nie mam potrzeby obchodzenia takich rocznic, bo co roku wydaję nową płytę, a jeśli chciałbym, mógłbym ich wypuszczać jeszcze więcej.

A propos „puszczania”. W radiu rzadko można usłyszeć pańskie piosenki. Cenzura?
Przecież w naszym kraju nie ma cenzury, przynajmniej oficjalnie. Jednak rzeczywiście, rzadko mnie puszczają w radiu. Nie ubolewam jednak jakoś szczególnie nad tym, na koncertach mam pełne sale. Media za to często przypinają mi łatki. Wystarczy, że powiem coś między wierszami, a od razu można usłyszeć, że Maleńczuk obraził pół Polski, bo stwierdził, iż Zenek Martyniuk ma głos jak jajecznica. Tymczasem drugie pół Polski kocha Zenka Martyniuka. Tytuły medialne rzucają we mnie takimi tekstami, a są ludzie, którzy czytają tylko tytuły. Jeżeli Polska jest ponad 38-milionowym krajem, to kochająca mniej połowa w zupełności mi wystarczy [śmiech].

Wróćmy jednak do cenzury. Zdarzyło się kiedyś, że przyjechał pan na koncert i chciano pana ocenzurować?
Zdarzało się. Był kiedyś taki koncert, którego organizator poprosił mnie o przesłanie listy utworów, które będę wykonywał. Nie zgodziłem się. Powiedziałem, że w takim razie nie wystąpię. Ostatecznie koncert doszedł do skutku na moich warunkach. Zresztą mógłbym wysłać obojętnie jaką listę, nawet z wymyślonymi tytułami, a zrobiłbym swoje. Koncert wypadł całkiem nieźle. Zresztą biletowane imprezy zazwyczaj są w porządku. Najgorsze są tzw. koncerty zamknięte, bankiety, na które przychodzą ludzie pomiędzy jednym spotkaniem a drugim. Chcą usłyszeć kilka radiowych przebojów i to wszystko. Za takie imprezy można nieźle zarobić. Czasem grywam na bankietach, ale rzadko.

Grywał pan również na ulicy. Jak wspomina pan ten czas?
Na ulicy występowałem do trzydziestki. Wtedy moim koledzy z branży, również młodsi, grali już na dużych scenach. Nie narzekałem jednak na grę uliczną. Wystarczyło, że wziąłem do ręki gitarę, zagrałem dwa utwory i wokół gromadziło się mnóstwo ludzi. Był z tego również całkiem niezły zarobek. Droga do sławy była kosztowna i choć mile wspominam czas spędzony na ulicy, nigdy nie chciałbym tam wrócić. A są tacy, którzy wrócili. Przykładem jest chociażby Gienek Loska, uliczny grajek, który wygrał talent show [zwyciężył w pierwszej edycji programu X-Factor, emitowanego w TVN], dostał od losu ogromną szansę i 100 tys. zł, co dla ulicznego grajka stanowi fortunę.

Cały artykuł w 45 numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

y

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

*