Łowił dorsze na Morzu Norweskim

Największa radość wędkarzowi z Kościana sprawia, co zrozumiałe, złapanie dorodnej sztuki dorsza. Fot.archiwum prywatne

Już po raz drugi Leszek Kubańda, wędkarz z Kościana, swą pasję realizował kilka tysięcy kilometrów od domu. Wraz z grupą przyjaciół w maju udał się na północ Norwegii.

Na wyspie Soroya, znajdującej się na Morzu Norweskim, łowił dorsze, zębacze pasiaste oraz inne gatunki ryb.

– Nasza wyprawa trwała prawie dwa tygodnie -opowiada Leszek Kubańda. – Z Kościana wraz z pięcioma znajomymi pojechaliśmy busem do Gdańska. Stamtąd promem 18 godzin płynęliśmy do Sztokholmu. Następnie wzdłuż Zatoki Botnickiej jechaliśmy na północ. Na terenie Finlandii zaplanowany był nocleg. Słynną miejscowość św. Mikołaja Rovaniemi minęliśmy w odległości ok. 30 km. Po dwóch dniach dojechaliśmy do norweskiego portu Oksfjord. Stamtąd promem dotarliśmy już do celu wyprawy.

Wyspa Soroya, do której jechała ekipa wędkarzy z Polski, znajduje się na Morzu Norweskim. Miejsce to leży ponad 500 km za kołem podbiegunowym. Wyspa jest częścią Norwegii. Jej mieszkańcy żyją głównie z rybołówstwa i przetwórstwa ryb. Znajdują się na niej bazy wędkarskie, które odwiedzają miłośnicy tego sportu z całego świata.

Baza, w której się zatrzymaliśmy, należy do Litwina – mówi Leszek Kubańda. – Mieliśmy w niej zapewniony nocleg oraz łodzie motorowe. Prowiant wzięliśmy z Polski. Dużą część naszych posiłków miały stanowić złowione ryby. Po rozpakowaniu się z busa i odpoczynku, następnego dnia wypłynęliśmy w morze.

Dzień polarny na wyspie

Następny dzień w maju, w tamtym rejonie świata, to nazwa raczej umowna. Na wyspie Soroya w tym czasie jest dzień polarny. Przez całą dobę jest widno. Pan Leszek przyznaje że przyzwyczaić się do takich warunków nie jest łatwo. Aby nie stracić rachuby czasu, bardzo przydaje się zegarek.

– Wypłynęliśmy dwoma łódkami wyposażonymi w GPS i echosondę w głąb morza na odległość ok. 30 km – wyjaśnia Leszek Kubańda. – Zainstalowany na motorówce sprzęt pokazywał nam zgrupowania ryb. W miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy, łowiliśmy na głębokości 150 m. Na szpuli mieliśmy ok. 300 m plecionki zakończonej tzw. pilkerem, czyli sztuczną, metalową przynętą. Pierwszego dorsza wyciągnąłem z morza już po pięciu minutach. W ciągu kilku godzin złowiłem ok. 20 kg tej ryby. Po powrocie do bazy następowało filetowanie oraz mrożenie części ryb i smażenie tych, które miały pojawić się na stole.

Następnego dnia większość załogi zaczęła odczuwać trudy wielogodzinnej podróży z Polski i wysiłek włożony w łowienie ryb podczas pierwszego rejsu. Na wypłynięcie w morze zdecydował się tylko wędkarz z Kościana.

Zębacze nie brały

– W zatoce próbowałem łowić zębacze – zdradza pan Leszek. – Niestety, ryba ta nie brała. Wtedy postanowiłem łodzią wypłynąć w morze. Zachęciła mnie do tego bardzo spokojna woda oraz prognozy pogody. W drodze na łowisko co jakiś czas zatrzymywałem się i zarzucałem wędkę. W tym dniu udało mi się złowić prawie 50 kg dorsza.

Jeszcze raz podczas 6-dniowego pobytu wędkarz e wypłynęli w morze. Udało im się złowić duże okazy dorsza czarniaka. Część ryb musieli skonsumować na miejscu. Zgodnie z przepisami z Norwegii wędkarze mogą wywieźć 20 kg ryb lub filetów rybnych. Właściciel ośrodka wcześniej musi wystawić odpowiednie zaświadczenie.

W Skandynawii lepiej nie naginać prawa -dodaje Leszek Kubańda. – Na granicy norwesko- fińskiej byliśmy sprawdzani przez policję, czy nie przewozimy produktów w zbyt dużej ilości. W oczy rzuca się też fakt, że w tym rejonie Europy kierowcy fińscy i szwedzcy bardzo przestrzegają przepisów. Głównie ograniczeń prędkości.

Trzy ostatnie dni spędzone na wyspie Soroya wędkarze z Polski spędzili na odpoczynku i jej zwiedzaniu. Plany pokrzyżował im bowiem sztorm. Fale morskie osiągały wysokość 7 m.

Rodzina podziela jego pasję

Wyjazdy na dorsze na północ Norwegii są dla Leszka Kubańdy uwieńczeniem jego pasji. Wędkarstwem interesuje się od kilkudziesięciu Dla niego sezon kończy się 31 grudnia, a zaczyna 1 stycznia. Swym hobby zaraził syna Łukasza i 5- letniego wnuka Witolda.

– Z tatą najczęściej jeżdżę na sumy – mówi Łukasz Kubańda. – Mam zamiar podczas następnej wyprawy wyjechać z nim do Norwegii na dorsze. Już kiedyś miałem okazję odwiedzić Norwegię i bardzo podoba mi się dzika przyroda Skandynawii. Wyprawa z ojcem łodzią w głąb morza byłaby wspaniałą przygodą.

Pozytywnie nastawiona do pasji Leszka Kubańdy jest też jego żona Ewa.

Każdy powinien mieć jakąś pasję -uważa pani Ewa. – Wędkarstwo męża uspokaja i relaksuje. Podczas takich wypraw jak do Norwegii trochę się jednak o niego denerwuję.

Gerwazy Konopczyński

Oko w oko zębaczem pasiastym. Fot. archiwum prywatne