Maczetą pociął swoją dziewczynę

Oskarżony został doprowadzony na salę sądową z aresztu.

Bartosz K. w Lesznie zaatakował swoją dziewczynę maczetą. 15 marca rozpoczął się jego proces. Tłumaczył, że woził maczetę w samochodzie, bo to sprzęt ogrodniczy. A dziewczynę zaatakował, bo się na nią wkurzył.

Bartosz K. na swój proces w poznańskim Sądzie Okręgowym został doprowadzony z aresztu. Na początku rozprawy był uśmiechnięty, puścił oko do dziennikarzy, ale potem się wyciszył. Ściszonym głosem zaczął odpowiadać na pytania.

– Przyznaję się do ataku na Marzenę, ale nie chciałem jej zabić. Niczego nie miałem w planach. Stało się to, co się stało. Puściły mi nerwy. Uderzałem maczetą na oślep. Przestałem, bo uznałem, że tak nie można, że to bestialstwo. Po wszystkim zawiozłem ją do szpitala – relacjonował oskarżony Bartosz K.

„Zrobiła ze mnie głupka”

27 stycznia ub. r. miał odebrać Marzenę od jej koleżanki. Ona chciała, by zaparkował nieco dalej, a nie pod domem koleżanki. On zrobił po swojemu, stanął pod drzwiami. Marzena się obraziła. Nie chciała wejść do samochodu, po chwili gdzieś zniknęła z walizkami. Bartosz K. stwierdził, że „zrobiła z niego głupka”, był wkurzony, dzwonił, szukał jej. A gdy się niebawem spotkali, zaatakował ją maczetą. Uderzał w nogi, ręce, twarz. Dziewczyna straciła palca u dłoni.

Sędziowie dopytywali, dlaczego woził ze sobą maczetę? Bartosz K. stwierdził, że maczeta to sprzęt ogrodniczy, a on kupił wcześniej działkę. Maczeta miała posłużyć do wyrębu krzaków.

Zakrwawioną dziewczynę zabrał do samochodu i zawiózł do szpitala. W jego samochodzie zaparkowanym pod lecznicą znaleziono narkotyki – aż 42 tabletki extazy i metamfetaminy.

Bartosz K. przekonywał w sądzie, że narkotyki zażył dopiero pod szpitalem. Zaprzeczał zarzutom, by jadąc do szpitala prowadził samochód pod wpływem narkotyków. Zapewniał, że był to jego pierwszy kontakt z narkotykami. Po co więc miał w aucie aż 42 tabletki?

– Nie wiem – odpowiedział oskarżony Bartosz K.

Inną wersję przedstawił w trakcie śledztwa, gdy był badany przez psychiatrów i psychologów w poznańskim areszcie. Wówczas powiedział, że przyjmie „czasami kreseczkę dla towarzystwa”, że próbował narkotyków z pięć razy w życiu. Gdy sędziowie przypomnieli tamte wypowiedzi, Bartosz K. zapytał: „Będziemy się słówek czepiać?”

„Daj mi dwie stówy za dróżkę”

Bartosz K. ma jeszcze inne problemy z prawem. Został oskarżony również o to, że 2 stycznia ub.r. na drodze pod Lubinem zaatakował maczetą przypadkowego kierowcę. Ten mężczyzna pojawił się w sądzie przed rozprawą.

– Jechałem do pracy. Nad ranem minąłem na drodze samochód, który potem jechał za mną przez kilkadziesiąt kilometrów. Nagle mnie minął, usłyszałem jakiś huk, ten samochód zajechał mi drogę. Byłem gotowy wyjść i zapytać, czy nic się nie stało temu kierowcy. Ale on podszedł pierwszy. Uchyliłem szybę, a on włożył mi maczetę do środka i groził. Twierdził, że mam mu zapłacić 200 złotych „za dróżkę”. Milion myśli krążyło mi po głowie: o co mu chodzi, czy uderzyć go drzwiami, czy nagle odjechać, ale maczetę miałem przy twarzy. Nie miałem przy sobie pieniędzy, więc zabrał mi telefon i odjechał – opowiadał mężczyzna.

Tamto zdarzenie, już 3 I zgłosił na policję w Lubinie, ale – jak twierdzi – nie uwierzono mu. Sugerowali, że naoglądał się filmów albo że ma kochankę, której mąż kogoś na niego nasłał.

– Ten człowiek z maczetą miał kaptur na głowie. Ale zapamiętałem numery rejestracyjne jego samochodu. Podałem je policji. Oni go namierzyli, ale nie zatrzymali. Zrobili to dopiero, gdy zaatakował swoją dziewczynie w Lesznie – opowiada pokrzywdzony kierowca.

Bartosz K. nie przyznaje się do zaatakowania kierowcy.

Łukasz Cieśla

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*