Jaka matka, taka córka. Są pasje, które łączą pokolenia

Zofia Ostrowska (z lewej) z córką Anną podczas wspólnej górskiej wyprawy Fot. arch

Tradycyjnie 26 maja będziemy obchodzić Dzień Matki. Dzień wyjątkowy, jak wyjątkowa jest rola matki. Będą życzenia i uściski, kwiaty, wspólnie wypita kawa, rozmowy. Naszym bohaterkom na pewno nie zabraknie tematów, gdyż łączą je pasje, które wspólnie pielęgnują.

W domu Elżbiety Turbańskiej z Chojna w gminie Pakosław muzyka zawsze była ważnych zajęciem.

Ojciec należał do chóru, mama też lubiła śpiewać. W domu, przy podwieczorku, do dziś nucimy sobie różne melodie. Jeśli jest ku temu okazja, śpiewamy na cześć solenizanta – zdradza pani Elżbieta, która od lat prowadzi zespół folklorystyczny Chojnioki, a wraz z mężem, córką Kamilą i wnuczkami śpiewa w chórze parafialnym Czestram w Golejewku.

Jej mąż Jan muzykowanie również ma we krwi. Potwierdzi to chyba każdy, kto choć raz słyszał go grającego na dudach. Nic dziwnego, że ich córki: Justynę i Kamilę od najmłodszych lat ciągnęło w stronę takich klimatów. Justyna Gościniak przeprowadziła się do Leszna, gdzie czas dzieliła pomiędzy dom, wychowanie dzieci i pracę. Na pielęgnowanie muzycznych pasji nie pozostawało wiele czasu. Gdy dzieci dorosły, postanowiła, że znów będzie więcej śpiewać. Należy do chóru parafii pod wezwaniem św. Krzyża w Lesznie.

W każdą środę spotykamy się na próbach. Jest to moment, gdy mogę przenieść się do zupełnie innego wymiaru. Muzyka daje mi ukojenie i pozwala oderwać się od codziennych trosk – przyznaje Justyna Gościniak.

Muzyka do dziś towarzyszy rodzinnym spotkaniom w Chojnie.
Uwielbiamy śpiewać kolędy na głosy: tato – tenorem, ja – sopranem, a mama i siostra – altem. To są niezapomniane chwile – dodaje pani Justyna. – Mamy też domowy śpiewnik na specjalne okazje.

Leszczynianka Halina Dąbrowicz-Białek ponad dziesięć lat temu zapałała miłością do nordic walkingu. Pasją zaraziła mamę Janinę oraz córkę Darię.

Mama, mieszkająca w Golejewku, do tego stopnia połknęła bakcyla, że wraz z grupą koleżanek zaczęła chodzić z kijkami po miejscowym arku. Urząd gminy kupił dla seniorów kijki i wspólne marsze rozkręciły się na dobre. Na finał panie spotykały się z reguły u którejś z uczestniczek wypraw na kawie – zdradza Halina Dąbrowicz-Białek.

Kije do nordic walkingu szybko trafiły także do rąk jej córki.
Córka zawsze, patrząc na mnie, powtarzała ze zdziwieniem: „Mamo, jak ty prosto chodzisz!” Przekonałam Darię, że przy jej trybie pracy popołudniowy czy wieczorny marsz z kijkami będzie zbawienny – wspomina pani Halina. – Do tego człowiek zyskuje długi oddech i czuje się znacznie lepiej. No i może pozwolić sobie od czasu do czasu na nieco bardziej sytą kolację, którą następnego dnia spali podczas marszu.

Leszczynianka wie coś o tym jako była palaczka, która może poszczycić się teraz taką kondycją, jakby nigdy nie miała w ustach papierosa. Kiedy jej córka ma nieco więcej czasu, obie panie można spotkać chodzące z kijkami w rejonie Karczmy Borowej. Natomiast pani Halina gdziekolwiek się pojawia, przekonuje, że marsz z kijkami daje same korzyści. Nordic walkingiem zainteresowała swoją siostrę. W sanatorium w Świnoujściu wystarczyło jej zaledwie kilka dni, by skrzyknąć grupę kuracjuszek i zachęcić je do codziennego wspólnego maszerowania.
Zofia Ostrowska z Leszna zawsze powtarza, że miłość do gór jest u niej chorobą wrodzoną. Pisaliśmy już niegdyś o jej trekkingowych wyprawach w Himalaje Mało kto wie jednak, że wielką miłośniczką gór jest również jej córka Anna.

Ale nie zawsze tak było – zastrzega Zofia Ostrowska. – Jako dziecko Ania niekoniecznie była szczęśliwa, że podczas każdych wakacji, a niekiedy także ferii zimowych wyjeżdżaliśmy w Tatry. Zwłaszcza, gdy musiała o czwartej rano założyć ciężkie buty i iść w góry.

Miały pewną niepisaną umowę: mama Zofia obiecywała małej Ani, że jeśli przejdzie określoną trasę, to w nagrodę dostanie pięć gałek lodów z polewą karmelową w kultowej zakopiańskiej cukierni Samanta. Szybko przyszedł moment, kiedy takie przekupstwa nie były potrzebne, bo córka pani Zofii zakochała się w górach równie mocno jak jej mama.

Jednym z jej pierwszych większych górskich marzeń była chęć zdobycia Giewontu. Na jego szczycie, stanęłyśmy, gdy Ania miała dziewięć lat. To był prezent komunijny dla niej – wspomina leszczynianka.

Anna zdobyła uprawnienia przewodnika tatrzańskiego i zamieszkała w… Zakopanem, do którego niezbyt chętnie jeździła wraz z mamą jako dziecko. Dziś nie wyobraża sobie życia bez górskich krajobrazów i wspinaczek. Wspólnie z mamą eksploruje nie tylko tatrzańskie zakątki. Podobnie jak jej mama, często biega. Ukończyła m.in. Bieg Rzeźnika w Bieszczadach, pokonując dystans 78 km. Do tego, podobnie jak mama, jest nauczycielką języka angielskiego.

Ania zapadła na tę samą nieuleczalną chorobę, co ja: góry. Wspinała się w Alpach, a teraz myśli o wyjeździe w Himalaje. Kto wie, może kiedyś wspólnie się tam wybierzemy. Jedno jest pewne: podczas tegorocznych wakacji tradycyjnie spotkamy się w Tatrach – kończy Zofia Ostrowska.

Cały artykuł jest również dostępny w 20 numerze Panoramy Leszczyńskiej z 2018 roku. Zapraszamy do zakupu e-wydania:

AUTOR ARTYKUŁU: Anna Maćkowiak

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*