To ostatnia, grzeszna niedziela

fot. mac

Co bardziej zirytowani klienci zapewne ostatniej niedzieli nucili pod nosem przedwojenny przebój „To ostatnia niedziela” śpiewany przez Mieczysława Fogga. Z uwagi na słowa piosenka zwana jest też hymnem samobójców. Podły nastrój towarzyszył wielu ludziom, gdyż w niedzielę, 4 marca skończyła się era wolnego handlu w Polsce. Osobiście nie jestem zbytnio zmartwiony tym faktem, a po cichu mam nadzieję, iż dzięki niehandlowym niedzielom uda się zaoszczędzić sporo kasy.

Walka o zakaz handlu w niedzielę i święta ma u nas wieloletnią historię. Walczyli o to głównie związkowcy z „Solidarności” oraz Kościół katolicki. Związkowcom chodziło przede wszystkim o prawa pracownicze, a więc m. in. przepis o wolnych od pracy niedzielach i świętach, kościołowi – o tzw. dobro rodzin, no i lepszą frekwencję podczas niedzielnych mszy. Ich starania zwieńczone zostały już wcześniej sukcesem, gdyż wprowadzono zakaz handlu w święta państwowe, także te mniej popularne w mieście, jak np. Zielone Świątki. Początkowo ludzie o tym nie pamiętali i byli mocno zaskoczeni, gdy nie mogli w święto kupić chleba czy papierosów. Rozwiązaniem była wizyta w osiedlowym sklepie lub w sieciowej „Żabce”, które czynne są niemal na okrągło.

Ale nie o taką ograniczoną wersję zakazu handlu chodziło inicjatorom tego pomysłu. Ich denerwował po prostu nowy obyczaj na spędzanie wolnego czasu przez sporą część polskich rodzin. Wraz z rozwojem handlu wielkopowierzchniowego i powstawaniem kolejnych galerii handlowych ludzie gremialnie zaczęli odwiedzać te świątynie Merkurego, zazwyczaj po niedzielnych mszach, a czasami nawet zamiast. I to najbardziej bolało naszych księży, zwłaszcza tych, których świątynie są usytuowane w sąsiedztwie galerii czy supermarketów. Mimo apeli ponawianych przez hierarchów kościelnych wiernym nie przeszkadzało, że łamali przy okazji trzecie przykazanie Dekalogu: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. Pokusa zrobienia niedzielnych zakupów była silniejsza.

Oczywiście, grzeszący mieli swoje argumenty, jak choćby ten, że w niedzielę mają więcej czasu, by zrobić zakupy. Poza tym mogli wtedy wybrać się do sklepu w gronie rodziny, co w jakiś sposób integrowało – w ich mniemaniu – tę podstawową komórkę społeczną. Nie przeczę, iż często i ja ulegałem pokusie grzechu, choć potem bardzo tego żałowałem, zwłaszcza wydanych niepotrzebnie pieniędzy na kolejne ciuchy. Nie chcę nawet wspominać, ile można by zaoszczędzić kasy i co za to sobie kupić, gdyby podsumować jakieś 25 lat tej handlowej rozpusty. Może i jakieś niezłe auto dałoby się za to kupić, a na pewno porządny telewizor. Cóż, było, minęło.

W końcu za rządów PiS-u udało się przepchnąć przez parlament i przekonać prezydenta Dudę do podpisu ustawy ograniczającej handel w niedzielę. A to nie koniec, bo niehandlowych niedziel będzie stopniowo coraz więcej i za dwa lata będą takie wszystkie. Czy będziemy je spędzać bardziej po bożemu, a więc w kościele (dwa razy chyba nie pójdziemy) albo przynajmniej na łonie natury czy w rodzinnych pieleszach? Pożyjemy, zobaczymy… Chyba, że nasi handlowcy wymyślą jakiś sposób na obejście tego zakazu. Czy wówczas niedzielę będziemy spędzać na stacjach benzynowych czy może w showroomach?

Robert Lewandowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*