Pamiętają o przodkach. Chcą uczcić pamięć pomordowanych Polaków

Uczniowie szkoły w Witoszycach (od lewej) Klaudia Huzar, Kacper Kornicki i Zuzanna Żygadło, dyrektor Leszek Stecki u pani Marii. Fot. Anna Machowska
Uczniowie szkoły w Witoszycach (od lewej) Klaudia Huzar, Kacper Kornicki i Zuzanna Żygadło, dyrektor Leszek Stecki u pani Marii. Fot. Anna Machowska

Maria Ciebień z Radosławia ma 88 lat, ale tragiczne wydarzenia z dzieciństwa potrafi odtworzyć niemal precyzyjnie, scena po scenie. Dzięki temu udało jej się przygotować listę z nazwiskami kilkudziesięciu Polaków, którzy w listopadową noc 1944 roku, zostali brutalnie zamordowani w jej rodzinnej wsi – Sorocku, na terenie dzisiejszej Ukrainy. To ważne, bo obecnie spoczywają oni w zbiorowej, bezimiennej mogile.

Chciałbym położyć na tym grobie granitową tablicę nazwiskami zmarłych, napisanymi po polsku i po ukraińsku. Opatrzymy ją jeszcze napisem „Zginęli tragicznie”. Nic więcej nie będziemy na niej pisać, aby nie drażnić miejscowych. Inteligentni ludzie od razu domyślą się o jakiej tragedii mowa – zaznacza Leszek Stecki, dyrektor szkoły w sąsiednich Witoszycach, który wspólnie z młodzieżą, angażuje się w wielką, dolnośląską akcję „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”.

Siedem cmentarzy

Społeczność szkolna z Witoszyc, ale nie tylko, bo w zasadzie z całej gminy Góra, najpierw wspierała to przedsięwzięcie finansowo, a od kilku lat w ramach wolontariatu sami jeżdżą latem na Ukrainę, aby porządkować stare nekropolie.

Sprawują opiekę nad cmentarzami aż w siedmiu miejscowościach: Kokutkowcach, Iwanówce, Hleszczawie, Howiłowie Wielkim, Laskowcach, Zaścianoczach i we wspomnianym w Sorocku. Są to wsie rejonu trembowelskiego. Wybrali je nieprzypadkowo. To właśnie stamtąd pochodzi większość obecnych mieszkańców Witoszyc, Chróściny czy Radosławia.

– W takim Radosławiu na przykład ci, których domy znajdują się prawej stronie od sklepu pochodzą w większości z Zaścianocza, a po lewej z Sorocka – wyjaśnia Leszek Stecki.

Lista wymagała korekty

Krwawą historię, jaka rozegrała się 23 listopada 1944 roku w Sorocku, opisano między innymi w książce „Eksterminacja ludności polskiej na tremblowszczyźnie w latach 1939 – 1946”. W publikacji zamieszczono także listę z nazwiskami zamordowanych we wsi Polaków.

– To wówczas zrodził się w mojej głowie pomysł upamiętnienia pomordowanych. Pojechałem z tą książką do pani Marii Ciebień, do Radosławia. Ona jednak już po krótkiej lekturze stwierdziła, że są tam błędy. Na liście, wymieniony jako zmarły, był między innymi jej brat, który razem z nią przyjechał w 1945 roku do Radosławia. Co więcej, nie była to jedyna pomyłka. Dlatego poprosiłem, aby ją skorygowała – wyznaje Leszek Stecki.

Straciła ojca i siostrę

Bardzo dobrze pamiętam ten straszny dzień – wspomina pełnym emocji głosem pani Maria. – Tragedia rozegrała się podczas pogrzebu Józefa Kobyluka. To był polski policjant, zamordowany przez trzy dni wcześniej. Bardzo wielu mieszkańców naszej wsi poszło go pożegnać, bo to był dobry człowiek. Szli w kondukcie z kościoła na cmentarz, gdy rozległy się strzały. Padały z obu stron. Część zginęła od razu. Inni się rozpierzchli, ale banderowcy nie dawali za wygraną i dobijali ich w domach czy stodołach, gdzie się ukryli.

Maria Ciebień miała wówczas 13 lat. W pogrzebie nie uczestniczyła, bo opiekowała się dzieckiem sąsiadów, Polaków. W kondukcie szli jednak jej rodzice, a starsza 20-letnia siostra Bronisława pomagała w przygotowywaniu stypy.

Zginął wówczas mój ojciec i siostra, która słysząc strzały wybiegła zobaczyć, co się dzieje, chciała ratować rodziców i sama zginęła – mówi M. Ciebień. – W sumie zabito ponad 60 osób, w tym księdza, który prowadził kondukt.

Pani Maria wspomina, że po tych tragicznych wydarzeniach, jej mama, której udało się przeżyć napad banderowców, postanowiła razem z żyjącymi dziećmi jak najszybciej opuścić Sorocko. Obmyli tylko ciała bliskich, pogrzebali i wyjechali do pobliskiego miasta, do Trembowli.

W miastach też dawało się odczuć wielkie napięcie, ale było o wiele bezpieczniej niż na wsiach – wyjaśnia Maria Ciebień. – Mieszkaliśmy kątem u znajomych rodziców, a pół roku później zostaliśmy wysiedleni na ziemie zachodnie.

Sorocko w tym okresie było wsią, gdzie przeważała ludność ukraińska, dlatego napady na Polaków zdarzały się stosunkowo często. Działająca we wsi polska samoobrona nie była w stanie stawić im czoła.

Szacunek dla przodków

– Nie chcemy i nie będziemy nikogo rozliczać z tej tragedii. Zależy nam tylko na tym, aby upamiętnić zmarłych. W myśl słów Józefa Piłsudskiego, że „naród, który nie szanuje swej przeszłości nie zasługuje na szacunek teraźniejszości i nie ma prawa do przyszłości” – podkreśla Leszek Stecki. – Nie będzie to żadna samowola. Wszelkie szczegóły ustalę z merem. Zdaję sobie sprawę, że dziś jesteśmy gośćmi na tym terenie.

Pewnie właśnie ze względu na duży szacunek dla gospodarzy spotykają się na Ukrainie zawsze z wieloma wyrazami sympatii. Miejscowi z zainteresowaniem obserwują ich poczynania na cmentarzach. Podoba im się, że porządkują wszystkie groby, nie tylko te, w których spoczywają Polacy.

Anna Machowska

Maria Ciebień (z domu Janik) zmuszona była opuścić rodzinne Sorocko po tragicznych wydarzeniach z listopada 1944 roku. Fot. Anna Machowska
Maria Ciebień (z domu Janik) zmuszona była opuścić rodzinne Sorocko po tragicznych wydarzeniach z listopada 1944 roku. Fot. Anna Machowska
W ubiegłym roku grupa z Witoszyc postawiła w Sorocku krzyż. Fot. archiwum
W ubiegłym roku grupa z Witoszyc postawiła w Sorocku krzyż. Fot. archiwum