Pół wieku razem: miłość, przyjaźń i szacunek

Helena i Tadeusz Kulpowicz z dumą patrzą wstecz.W ratuszu przyjęli medale i gratulacje z rąk prezydenta Łukasza Borowiaka. Fot. Karolina Bodzińska
Helena i Tadeusz Kulpowicz z dumą patrzą wstecz.W ratuszu przyjęli medale i gratulacje z rąk prezydenta Łukasza Borowiaka. Fot. Karolina Bodzińska

Te pary są razem od pół wieku. Ich miłość zrodziła się z fascynacji, przyjaźni i wzajemnego szacunku. Budowali swoje rodziny w niełatwych czasach, a jednak z dumą mogą dziś patrzeć na swój największy dorobek czyli silne małżeństwo. Ich historie zaczynają się różnie, różne są koleje losu, ale finalnie spotkali się w leszczyńskim ratuszu by wspólnie świętować złote gody.

Cieszę się, że mogę tu być z państwem. Ogarnia mnie nostalgia i wzruszenie, ponieważ wiadomo, w jak trudnych czasach przyszło państwu żyć, pracować i wychowywać dzieci. Na pewno nie zawsze było łatwo – mówiła Anna Szymaniak, kierowniczka Urzędu Stanu Cywilnego w Lesznie, podczas jubileuszu zorganizowanego pod koniec ubr.

Medale wręczył parom małżeńskim Łukasz Borowiak, prezydent Leszna.

– Patrzę na państwa z pokorą i wielkim szacunkiem. Wasza obecność w ratuszu dowodzi, że dochowaliście wszelkich starań w tworzeniu polskiej rodziny – mówił prezydent Leszna.

Laborantka i żużlowiec

Wacława Dobrucka jako młoda dziewczyna dostała pracę w charakterze laborantki w dużym zakładzie pracy w Lesznie. W tym samym czasie w zakładzie zatrudniono przystojnego młodego chłopaka, który wyróżniał się z tłumu tym, że nosił czerwony szalik.

– Właśnie ten szalik przyciągnął moją uwagę – uśmiecha się Wacława Dobrucka.

Na zakładowej potańcówce, którą zorganizowano w ramach karnawału dla załogi, wypatrzyła go w tłumie:

– O przyszedł chłopak od czerwonego szalika – pomyślała.

Może przyciągnęła go spojrzeniem, a może sam ją pierwszy wypatrzył w tłumie? Żadne z nich dziś nie pamięta. Niezaprzeczalny jest jednak fakt, że na potańcówce Zdzisław nie odstępował jej na krok. Odtąd zaczęli się regularnie spotykać.

Pewnego dnia koleżanka zapytała, czy to prawda, że spotyka się z „tym żużlowcem”.

– Jakim żużlowcem?! – pani Wacława była zaskoczona.

Okazało się, że Zdzisław jeździ na żużlu. Kiedy zaprosił ją na mecz nie miała pojęcia jak liczyć punkty. I cały czas zamartwiała się o jego bezpieczeństwo.

Wacława i Zdzisław Dobruccy podczas gali w ratuszu miejskim. Fot. Karolina Bodzińska
Wacława i Zdzisław Dobruccy podczas gali w ratuszu miejskim. Fot. Karolina Bodzińska

15 lutego 1969 roku państwo Dobruccy zaplanowali ślub.

– W Lesznie u jubilera udało się kupić tylko jedną obrączkę, na mój palec – wspomina pani Dobrucka.

– Dopiero dwa miesiące później, kiedy wyjechałem na obóz kondycyjny do Bydgoszczy dokupiłem podobną obrączkę dla siebie – wspomina pan Zdzisław.

Jaka jest ich recepta na szczęśliwą miłość?

– Szacunek i zrozumienie potrzeb drugiego człowieka. Mimo że drżałam o bezpieczeństwo męża nie przyszło mi nawet do głowy, aby próbować go odwieść od realizacji sportowych marzeń – podsumowuje pani Wacława.

Elegantka w środku zimy

Helena i Tadeusz Kulpowicz poznali się w kawiarni. Jeszcze tego samego dnia wybrali się na potańcówkę.

– Tadeusz okazał się fantastycznym tancerzem. Przetańczyliśmy cały wieczór i umówiliśmy na randkę za tydzień – opowiada Helena Kulpowicz.

Był styczeń 1966 roku, na dworze siarczysty mróz.

Na randce chciałam zrobić wrażenie. Założyłam cienkie rajstopki i buty na szpilce – wspomina pani Helena.

Nie dość, że nogi zsiniały jej z zimna, to na domiar złego spóźniła się 15 minut. Kiedy dotarła w umówione miejsce zobaczyła oddalającą się sylwetkę. Rozpoznała Tadeusza, zebrała się na odwagę i zawołała go. Na szczęście zawrócił…

Oświadczył się tuż przed maturą, a ślub zaplanowali na Boże Narodzenie. Niestety, ślub musieli odwołać bo Tadeusz dostał powołanie do wojska. Pobrali się jeszcze w czasie jego służby wojskowej, w kwietniu 1969 roku.

– Po ślubie zamieszkaliśmy u mamy Helenki. Na jednym pokoju. Urodziło się nam dwoje dzieci. Marzyliśmy o własnym kącie, ale mój tata był prywaciarzem, a ja u niego pracowałem. To nie było mile widziane przez ówczesne władze i z tego powodu przez siedem lat przesuwano nas w kolejce do własnego M – wspomina pan Tadeusz. – Na szczęście pokonywanie codziennych trudności jedynie scementowało nasz związek.

Róże do kosza

Urszula i Feliks Kubiakowie także świętowali złote gody. Pan Feliks zapytany o receptę na małżeńskie szczęście żartuje:

– Kobieta zawsze powinna być kobietą i wybaczać mężowi niektóre „sprawki”.

I już zupełnie na serio dodaje:

– Między małżonkami nie może być niedomówień. To co mamy do siebie należy zawsze mówić prosto w oczy – tłumaczy.

Oczywiście zdarzało się, że w ciągu 50 wspólnych lat dostał burę od małżonki. Raz nawet, kiedy przyniósł róże na przeprosiny, kwiaty natychmiast wylądowały w koszu. Mimo tak wymownego gestu serce jego małżonki wciąż pozostało pełne miłości. A miłość to najtrwalszy budulec szczęścia.

Karolina Bodzińska