Na praktyki do Afryki, czyli opowieść o spełnianiu marzeń

Daria Michałkowska (na zdjęciu w środku) codziennie razem z koleżankami patrolowała teren rezerwatu Fot. arch

Stając twarzą w twarz z lwem nie można uciekać, bo w zwierzęciu automatycznie obudzi się instynkty łowczy. Zacznie nas gonić, a w takim wyścigu nie mamy żadnych szans – instruuje Daria Michałkowska z Kąkolewa. – Wyjątkiem jest jedynie sytuacja, gdy bardzo blisko mamy samochód, w którym możemy się schronić. W innym wypadku należy stanąć, rozłożyć szeroko ręce i zacząć wydawać głośne oraz przeraźliwe dźwięki. Istnieje szansa, że lew pomyśli, iż jesteśmy przedstawicielem jakiegoś większego, groźnego gatunku i być może nie zechce nas zaatakować.

Podobnych rad i przestróg studentka czwartego roku weterynarii ma wiele. Nie jest to bynajmniej wiedza książkowa. Zdobyła ją na zawodowych praktykach w afrykańskim rezerwacie Shamwari, gdzie w lipcu spędziła ponad dwa tygodnie.

Praca bywała ciężka, momentami dość niebezpieczna, ale nie mam wątpliwości, że warto było tam pojechać. Spełniło się moje marzenie – zapewnia Daria Michałkowska, która na Czarny Ląd udała się z trzema koleżankami ze studiów w Lublinie i kilkoma innymi Polkami.

Rezerwat Shamwari, do którego pojechały studentki, znajduje się w RPA. Zajmuje ogromny obszar ponad 25 tys. ha i zamieszkiwany jest przez ponad 50 tysięcy gatunków ssaków. Co ważne, jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie można spotkać całą „wielką piątkę”, czyli lwa, lamparta, bawoła, słonia i nosorożca.

Rezerwat jest prywatną własnością. Utrzymuje się z turystów i praktykantów, bo za możliwość pracy tam w tym charakterze wolontariusza musiałam zapłacić i to nie mało. W sumie, razem z transportem, ubezpieczeniem i szczepieniami, kosztowało mnie to 15 tys. zł – zdradza mieszkanka Kąkolewa.

Choć dla żaka to kolosalna kwota Daria zapewnia, że nie żałuje nawet jednej wydanej na ten cel złotówki. Już pierwszego dnia rezerwat i mieszkające w nim zwierzęta skradły jej serce. Przywitało ją stado zebr przechodzących obok samochodu dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Nasza praca polegała przede wszystkim na kontrolowaniu stanu zdrowia zwierząt oraz przewożeniu ich w inne miejsce rezerwatu, na przykład w celach rozrodczych lub potrzeby rehabilitacji. Pod względem logistycznym to jest ogromne przedsięwzięcie. Zwierzę należy najpierw uśpić, strzelając do niego z tzw. broni Palmera, potem trzeba mu zabezpieczyć mu rogi gumowymi nakładkami, bo przecież w każdej chwili może się obudzić i niekontrolowanym ruchem zrobić krzywdę nam lub sobie, a ponadto w czasie transportu przez cały czas należy kontrolować jego oddech – podkreśla studentka.

Daria Michałkowska przyznaje też, że czasami zastanawiała się, czy wystarczy jej odwagi, aby wykonać wszystkie zlecone zadania, ale zaraz potem w głowie pojawiała się myśl, że jeśli tego teraz nie zrobi może już nie mieć w życiu takiej okazji.

Od dziecka wiedziałam, że chcę zostać weterynarzem. Kocham wszystkie zwierzęta, ale fascynują mnie dzikie koty, a zdobycie tak dużej wiedzy o nich i doświadczenia w pracy z nimi w Polsce czy nawet w Europie nie byłoby możliwe – przekonuje młoda mieszkanka Kąkolewa.

Niestety, studentkom przyszło też przekonać się, że życie w rezerwacie ma nie tylko blaski, ale też cienie. Jednej nocy wtargnęli tam kłusownicy i zabili dwa nosorożce, matkę i jej młode. Zrobili to, aby odciąć zwierzętom rogi, które w krajach azjatyckich uważane są za afrodyzjak.

W Shamwari był to pierwszy taki przypadek od bodaj sześciu lat. Wszyscy tam byliśmy z tego powodu bardzo wstrząśnięci i przygnębieni – wyznaje D. Michałkowska.

W ramach praktyk dziewczyny wzięły też udział w wielkiej akcji szczepienia i odrobaczania psów należących do mieszkańców wioski, która znajdującej się na terenie rezerwatu. W sumie zaszczepiły aż 250 czworonogów, a właścicielowi każdego z nich wręczyły worek karmy.

Shamwari jest cudownym rezerwatem, bo nie wykorzystuje się tam młodych zwierząt do przyciągania turystów. Nie udomawia się ich po to, aby można było zrobić sobie z nimi zdjęcie. Chciałabym wszystkich przestrzec przed takimi atrakcjami turystycznymi. One są wyjątkowo okrutne i nieetyczne. Nie korzystajcie z nich. Naprawdę wyjazd na safari, gdzie po prostu obserwuje się dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku, jest dużo piękniejszym przeżyciem – zapewnia studentka.

Cały artykuł jest również dostępny w 31 numerze Panoramy Leszczyńskiej z 2018 roku. Zapraszamy do zakupu e-wydania:

AUTOR ARTYKUŁU: Anna Machowska

1 KOMENTARZ

  1. no to sie studentki napracowaly cale dwa tygodnie.Brak slow. Moje dzieci sluza po 11 miesiecy w Ugandze za 60 euro na miesiac jako wolontariusze bez szczepien a tu nagle jedna do Ruandy ( rok temu szukaa funduszy aby ewangelizowac) na 2 tygodnie, inna do Soutafrica na 2 tygodnie a jeszcze inne tyz na 2 tygodnie na Madagaskar. Problem w tym, ze pieniedzorow potrzeba im na dwa tygodnie a moim dzieciom na prawie rok nikt nic nie dawal, tylko dawali szczepienia w Köln i Berlinie za 880 euro , ktorych nie chcieli i nie pozwolili sie zaszczepic.Ja juz naprawde nie rozumiem jak Wy tam sie w Polsce gospodarujecie. Wy jestescie po prostu bogacze, ale ja Wam tego bogactwa nie zazdroszcze w zadnym calu!Jedno pytanie .Co to za praktyki dwu tygodniowe i ile ej praktyki bylo naprawde z tych 2-uch tygodni.?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*