Przepraszam, że cię nie poznałem

fot. mac

Czy ja wyglądam na 40-latka? Chyba nie… A na absolwenta pierwszego „ogóla”, który zdawał maturę cztery dekady temu? Tym bardziej nie… Niestety, czas biegnie nieubłaganie, a prawda jest okrutna. Tak, jestem absolwentem I LO w Lesznie, który zdawał maturę w 1979 roku.

Pamiętam dobrze, jakie wówczas uzyskałem oceny: z polaka – trója (!), ale z matmy – piątka (wyższej oceny nie było), a z przedmiotów nadobowiązkowych: PO i WOS-u po piątce. Ten dość specyficzny dobór przedmiotów spowodowany był moim wyborem studiów. Chciałem być oficerem WP, podobnie jak dwójka moich kolegów z klasy, co jednak się – na szczęście – nie ziściło. Żaden z nas nie wytrzymał zbyt długo „w kamaszach”. Osobiście wytrwałem tam półtora roku i dochrapałem się tylko stopnia starszego szeregowego podchorążego, czyli zrobiłem mniejszą karierę niż kapral Wałęsa. I raczej nie żałujemy oboje…

Lata w liceum to z perspektywy 40 lat drobny epizod w życiu, a jednak taki, który wywarł spory wpływ na nasze kariery. Bo to w szkole średniej nie tylko zawiązywały się pierwsze męskie przyjaźnie i przezywało się pierwsze miłości, a także zaliczyło się pierwszego papierosa czy piwo. To wówczas dojrzewaliśmy nie tylko psychofizycznie, lecz także mentalnie. Z tamtego okresu do dziś pozostało mi zamiłowanie do muzyki, także jej trudniejszych odmian, np. jazzu. Spora w tym zasługa naszego profesora od fizyki Jerzego Reicha. Co prawda na świadectwie maturalnym miałem z tego przedmiotu najwyższą ocenę, ale nie mam cienia wątpliwości, iż bez wspólnej z profesorem i jeszcze paroma kolegami z klasy pasji do kolekcjonowania płyt jazzowych, nie byłoby piątki.

Generalnie jestem dość specyficznym gościem, ponieważ w szkole zazwyczaj lepiej szło mi z przedmiotów ścisłych, jednak pasja do dziennikarstwa, a właściwie ciekawość świata, zwłaszcza w zakresie sportu i polityki przeważyły, że wybrałem jednak zawód humanisty. I takie też studia – dziennikarskie, ostatecznie, ukończyłem. Summa summarum już od 37 lat pracuję w tym zawodzie, zdobywając kolejne szczeble wtajemniczenia; od studenta-praktykanta do redaktora naczelnego gazety. Na dodatek całe swoje zawodowe życie spędziłem w jednej redakcji, co dziś jest raczej nie do pomyślenia.

Samo jubileuszowe spotkanie było bardzo przyjemnym i sentymentalnym przeżyciem. Z niektórymi spotkałem się po raz pierwszy od ukończenia szkoły, dlatego czasami był problem, żeby się rozpoznać. Największą wpadkę zaliczyłem, gdy pewna pani (jak się okazało, koleżanka z klasy) zapytała mnie zaraz na wejściu: „ Robert, a kojarzysz, kto ja jestem?”. Odparłem głupkowato: „To pokaz mi plakietkę z nazwiskiem…” Właśnie dzięki tym identyfikatorom można było sobie przypomnieć „kto zacz”, udając, że oczywiście go pamiętamy. Generalnie impreza udała się super: wspomnieniom i anegdotom z przeszłości nie było końca. No i zrobiliśmy sobie nawzajem chyba z tysiąc zdjęć. Spisaliśmy też numery swoich telefonów i obiecaliśmy sobie, że będziemy się spotykać częściej. Oby..

Robert Lewandowski
redaktor naczelny