Spaliło się niemal wszystko, zostały tylko mury

Nie jest łatwo tu trafić. Dom położony na skraju wsi. Z dala od głównej drogi prowadzącej z Rawicza do Kobylina. Właśnie w tym miejscu, niemal dokładnie rok temu, rozegrał się dramat: spłonął dom Bogdana i Marii Ignasiaków z Dłoni (gm. Miejska Górka). Dzięki pomocy wielu ludzi dobrej woli udało się go odbudować.

Dzwonię do pana Bogdana. Niepewna odpowiedzi, pytam czy mogę przyjechać. Wiem, że to nie są miłe wspomnienia. A i czas jest szczególny. W okolicach 1 listopada większość myśli raczej o tym, by odwiedzać groby najbliższych. Ale właśnie w tym okresie, dokładnie w nocy z 2 na 3 listopada 2014 r. wybuchł tu pożar.

– Proszę przyjechać. Ja tu jestem codziennie. Trzeba się przecież wszystkim zająć, w polu porobić – słyszę w odpowiedzi.

Ignasiakowie prowadzą bowiem w Dłoni gospodarstwo.
Rzeczywiście w słoneczne sobotnie południe w Dłoni wita mnie gospodarz, któremu towarzyszy dorodny wilczur. W pracach wykończeniowych gospodarzowi pomaga syn. Wchodzimy do domu. Słowo „dom” ma dla Bogdana Ignasiaka szczególne znaczenie. Gdy je wypowiada, po jego policzku ukradkiem spływa łza. Niechętnie wspomina wydarzenia sprzed roku.

Ignasiakowie byli wtedy w domu wraz z synem, który w feralną noc nad ranem wyjeżdżał do pracy.

Nic nie zauważył ani nie poczuł. Podobnie jak ja, gdy obudziłem się między czwartą a piątą – mówi Bogdan Ignasiak.

W końcu zaniepokoił go szum, wyjrzał przez okno, nic nie było widać, żadnego ognia, nie czuł też żadnego dymu. Kiedy jednak otworzył drzwi prowadzące na strych, płomienie już tam szalały.

Gdy sygnał o pożarze dotarł do straży pożarnej, na miejsce natychmiast wysłano strażaków państwowej i ochotniczych straży pożarnych.

– Kiedy dojechał tam pierwszy zastęp, płomienie obejmowały już cały dach jednokondygnacyjnego budynku – relacjonował st. kpt. Krzysztof Skrzypczak, oficer prasowy komendanta powiatowego Państwowej Straży Pożarnej w Rawiczu.

– Do dziś nie wiadomo, co było powodem pożaru. Nie dalej jak rok czy półtora roku wcześniej firma wymieniała nam całą instalację elektryczną. Była więc zupełnie nowa – mówi Bogdan Ignasiak.

Dom nie należał do nowych, wcześniej mieszkali tu teściowie pana Bogdana. Niedawno przeszedł remont.

– Gdy tylko zauważyłem ogień, próbowałem gasić, by nie przeniósł się na dół. Wziąłem do ręki wąż… Ale to nie pomogło – dodaje Bogdan Ignasiak.

Spaliło się niemal wszystko, zostały tylko mury. Udało się uratować część sprzętów, ubrań, które były na dole, ale dom spłonął.

Wiele osób zaangażowało się w porządkowanie pogorzeliska. Pan Bogdan już tego nie widział, przeżycia były tak silne, że zasłabł, pogotowie zawiozło go do szpitala. Jak mówi, najgorsza w takich chwilach jest bezsilność, moment, w którym człowiek – patrząc jak ogień trawi jego dobytek – uświadamia sobie, że nic więcej nie może już zrobić. Gdy wrócił na miejsce tragedii, wszystko było już posprzątane.
Anna Maćkowiak

Cały artykuł w 45. numerze Panoramy Leszczyńskiej.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

PLATFORMA NEXTO PLATFORMA EGAZETY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*