Tam chodziło się popatrzeć, delektować zapachami, kupować za bony lub dolary

Jeden z leszczyńskich pewexów mieścił sie na tzw. „górce” Fot. arch

Wśród wielu zabawek, które przypominają mi lata dzieciństwa, przypadające na okres PRL, jest jedna, szczególna: maleńki słonik wykonany z miękkiego tworzywa w niebieskim, wytartym dziś mocno wdzianku, na którym widnieje, prawie zamazany już napis: „For you”. Dlaczego jest taki szczególny? Kupił mi go ojciec w pewexie na tzw. górce, czyli przy ul. Zwycięstwa w Lesznie. W tamtych czasach, gdy wiele sklepowych półek prezentowało się biednie, pewex był pod względem handlową oazą luksusu.

Oficjalna nazwa sieci brzmiała: Przedsiębiorstwo Eksportu Wewnętrznego. Powstała w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia z przekształcenia sklepów dewizowych banku PKO. Obejmowała sklepy oferujące trudno dostępne towary. Można było je kupić za waluty wymienialne, głównie dolary lub bony towarowe PeKaO.

– W pewexie na górce kupiłem granatowy sweter zapinany na guziki, z kieszeniami na bokach i wycięciem w „serek”. Elegancki, który z powodzeniem można było nosić zamiennie z marynarką – wspomina leszczyński antykwariusz Janusz Skrzypczak. – Z 30 dolarów przeceniono go na 10. Kupiłem go krótko po ślubie. W ramach weselnego prezentu wraz z żoną dostaliśmy nieco obcej waluty, której posiadanie w tamtych czasach nie było w Polsce powszechne.

– Ten sweter służył mi dobre dwadzieścia lat. Gdy w końcu stwierdziłem, że nie będę go już nosił, żona odpruła guziki, które pozostały praktycznie niezniszczone, a do tego miały oryginalny wygląd i wykorzystała do innych ubrań – dodaje Janusz Skrzypczak.

W pewexie można było zaopatrzyć się w towary zagraniczne, a także krajowe, których na próżno szukano na półkach innych punktów handlowych. Sławomir Gąsiorek, prezes Społem PSS w Lesznie, jako dziecko mieszkał niedaleko. Kształcił się też w pobliskiej Szkole Podstawowej nr 7.

Po szkole chodziliśmy często do pewexu pooglądać zabawki stojące na półkach. To był taki spacer bez możliwości dokonania zakupów, bo nie mieliśmy na to forsy. Ale tam mieliśmy okazję zobaczyć Zachód w pigułce – podkreśla Sławomir Gąsiorek. – Później był szał na pewexowe ciuchy. Marzenie stanowiły wranglery czy rifle.

Pamięta, jak na przydrożnych alejach zrywał czereśnie, a gdy zarobione pieniądze udało mu się „wymienić” na bony towarowe, sprawił sobie pewexowskie dżinsy.

Wytrzymały zdecydowanie dłużej niż nasze „odry” – przyznaje prezes leszczyńskiego Społem. – Po ślubie żonie na mikołajki kupowałem w pewexie kosmetyki Yardleya.

Sławomir Tomków, sekretarz leszczyńskiego koła miejskiego Polskiego Związku Filatelistów, przez rok regularnie zaglądał do pewexu na górce.

– Jako listonosz miałem tam swój rejon. Wypłatę otrzymywałem jednak w złotówkach, na dolary mogłem popatrzeć. Pewnego razu jeden z „moich” emerytów w ramach tzw. końcówki dał mi dolara, bo wiedział, że chodzę do pewexu, a dla mnie ten dolar był tak cenny, że żal mi go było wówczas wydać i… mam ten zielony papierek do dzisiaj. Wartość nominalna dzisiaj niewielka, ale sentymenty warte wielu studolarówek – podkreśla Sławomir Tomków.

Wpis tej treści postanowił zamieścić na facebookowej stronie „Leszno w czasach PRL”, na której swego czasu pojawiło się zdjęcie pewexu. Zresztą, fotografia skłoniła internautów do licznych komentarzy, w których postanowili podzielić się informacjami na temat tego, co im samym lub ich bliskim udało się kupić lub tylko pooglądać w punktach handlowych Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego.

– Na półkach stały m.in. samochodziki Majorette. Piękne! A resory jak chodziły! – zachwyca się Sławomir Tomków.

Choć pewexu na górce nie ma już od lat (dziś w tym miejscu funkcjonuje sklep jednej ze znanych sieci), wielu zaglądających do niego leszczyniaków wciąż ma przed oczyma widok luksusowych towarów, a rozchodzący się w nim zapach kawy rozpoznaliby nawet na końcu świata.

Wspólnie z innymi dziećmi, zbieraliśmy kolorowe opakowania po papierosach, puszki po piwach czy kapsle po napojach, kupionych w pewexie – zdradza Sławomir Gąsiorek.

Dla młodych kolekcjonerów nie lada gratką były opakowania po słynnych gumach Donald czy kartoniki z czekoladą Toblerone. Z polskich wyrobów furorę robiły chociażby szynka Krakus czy pewne gatunki alkoholi.

Małgorzata Gniazdowska, kierująca działem edukacji i marketingu Muzeum Okręgowego w Lesznie, prowadząca często lekcje muzealne dla dzieci i młodzieży, przyznaje, że młodym ludziom trudno jest dziś wyobrazić sobie, iż w przeciętnym sklepie mogło brakować wielu, nierzadko podstawowych, towarów. Czasy PRL stanowią dla nich historię, a więc pewne wydarzenia postrzegają w zupełnie innym wymiarze niż ci, którym przyszło w nich żyć.

– Trudno dostępne były kawa, kakao, suplementy diety, w tym również te adresowane dla seniorów. W pewexie znajdowały się na półkach. Pamiętam, jak w 1985 r. przyjaciele moich dziadków wpłacili pieniądze na paczki, realizowane z towarów oferowanych przez sklepy sieci Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego. W jednej znajdowały się m.in. sardynki oraz szynka w puszce, a w drugiej – 4 kg soczystych pomarańczy z Izraela, z których wyciskałam sok – zdradza Małgorzata Gniazdowska. – Dostać pomarańcze, a w dodatku smaczne, to było wydarzenie. Zresztą, gdy do portu zawinął statek z pomarańczami, informowały o tym media.

Ojciec pani Małgosi, wyjeżdżający w tamtych czasach do pracy za granicę, otrzymywał fundusze w ramach delegacji. Rzecz jasna w walucie kraju, do którego się udawał. To, co mu zostało, wracało do niego, ale już nie w postaci obcej waluty, lecz wspomnianych bonów towarowych, które później rodzina wykorzystywała jako środek płatniczy w pewexie.

Cały artykuł jest również dostępny w 44 numerze Panoramy Leszczyńskiej z 2018 roku. Zapraszamy do zakupu e-wydania:

AUTOR ARTYKUŁU: Anna Maćkowiak

9 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*