Włóczęga po australijskiej ziemi

Ania i Kamil na szlaku w dziewiczym terenie Kimberly. Fot. Lulki W Podróży

Australia od dwóch lat jest miejscem zamieszkania pochodzącego z Włoszakowic Kamila Grycza oraz jego partnerki Anny Kubiak. Zachwyceni jej całkowitą odmiennością od europejskich krajobrazów, starają się poznawać jej sekrety. Choć zwiedzili już większą część tego lądu, wciąż jednak wiele zostało im jeszcze do zobaczenia.

Kimberly, północno-zachodni obszar Australii, od dawna kusił ich swoją dziewiczą naturą i wyjątkowym pięknem. Wysokie wodospady sięgające do 100 m, głębokie kaniony rzeczne, wielkie baobaby wyłaniające się z trawiastych sawann i bezkresne pustynie po horyzont – to było to, co ich wzywało.

– Panujące pożary buszów i od dawna pozbawione wody strumienie stwarzały niebezpieczne warunki do podróżowania. Nagrzane do czerwoności skały uniemożliwiały wspinaczkę na większość szlaków, dlatego też wszystkie parki narodowe zostały zamknięte. Gdy w końcu nadeszła wyczekiwana przez nas australijska zima, wyruszyliśmy w podróż – relacjonuje Kamil Grycz.

Z daleka widać było unoszące się tumany czerwonego kurzu. Oznaczało to, że początek Gibb River Road – głównej drogi przecinającej Kimberly ze wschodu na zachód – jest tuż przed nimi. Nawet Australijczycy uważają pokonanie tej trasy za nie lada wyczyn. Droga ta, a właściwie szutrowy trakt prowadzący z miasta Kunurrura do Derby, liczący sobie ponad 700 km, jest przeznaczona tylko dla samochodów terenowych z odpowiednio wysoko zawieszonym podwoziem. Liczne przejazdy przez rzeki, kamieniste podłoże, bądź czasami piaszczysta nawierzchnia ścieżek, wymagały adekwatnego przygotowania auta.

– Pierwszy na naszej drodze wąwóz Emma Gorge zachwycił nas swoim niepowtarzalnym urokiem. Pomarańczowe wysokie ściany, obrośnięte częściowo porostami o wyrazistej zielonej barwie, kontrastowały ze sobą, tworząc niezapomniany obraz. Woda spadająca po klifach wypełniała sadzawkę, która w świetle wschodzącego słońca ukazywała nam coraz więcej skrywanych w niej tajemnic – nie kryje zachwytu nad australijską przyrodą Anna Kubiak, która skończyła studia na kierunku inżynieria biometryczna, a ostatnie 1,5 roku podróżowała po Australii i odbywała praktyki w instytucie naukowym w Brisbane.

Siedząc nad brzegiem i podziwiając spektakl światła i wody, zauważyli dryfującą na powierzchni kłodę. Kawałek drewna nagle zaczął się poruszać i wychodzić na pobliski kamień. Prawdopodobnie ich głośne zdziwienie wystraszyło słodkowodnego krokodyla, który uciekł przed nimi w wodne czeluści Emma Gorge.

– Było to nasze pierwsze, lecz nie jedyne spotkanie z tymi gadami. Zrozumieliśmy wówczas, że nie jesteśmy w ogrodzie zoologicznym i brak barierek między nami a zwierzętami musimy rekompensować naszym rozsądkiem i wyobraźnią – dodaje Kamil, lat 27, z wykształcenia robotyk. W Australii pisał swoją pracę magisterską i odbywał praktyki zawodowe.

Warto wspomnieć, że słodkowodne krokodyle są mniejszymi i mniej groźnymi dla ludzi drapieżnikami w porównaniu do ich słonowodnych kuzynów. Ich bezpośrednie spotkanie nie powinno stanowić wielkiego zagrożenia, jednakże gdy ich liczba wzrasta do kilkudziesięciu, to strach bierze górę.

– Pomimo otaczającego nas stepowego krajobrazu to nie piaski były dla nas głównym problemem, lecz napotykane na naszej drodze rzeki. Strach przed wjechaniem samochodem w rwący, głęboki strumień, zamieszkały przez krokodyle, był ogromny, lecz chęć poznania nieznanych nam jeszcze szlaków była znacznie większa. Również nasza piesza wędrówka doliną El Questro zawierała fragmenty wspinaczki przez wodospady i przedzieranie się przez wodę po pas.

Ścieżki parku Kimberly czasem odbiegały od koryt rzek, prowadząc przez dziki busz, by ostatecznie zagłębić się w długie, ciemne jaskinie, które można było pokonać jedynie przy świetle latarki. Nieważne, gdzie spacerowali, każdy zakątek tego rejonu był dla nich szczególnym przeżyciem, znacznie odmiennym od tych znanych nam z ojczystej ziemi.

– Byliśmy przestrzegani, iż droga Gibb River nie należy do najłatwiejszych traktów – przyznaje Kamil. – Utwierdziły nas w tym nie tylko napotkane po drodze osoby, wymieniające przebite opony, ale również turyści zmagający się z zepsutymi zawieszeniami samochodów czy też porzucone wraki aut.

Po siedmiu dniach tułaczki wertepami odległego Kimberly szczęśliwie dotarli do cywilizacji. Zakończył się pewien etap ich podróży, jednak to nie koniec tułaczki po kontynencie Australii. Dalej gonią za przygodami, co można śledzić na ich Facebooku i Instagramie – Lulki w Podróży.

Krokodyl nad brzegiem rzeki w kanionie Windjana. Fot. Lulki w Podróży

Opr. rob