Wojenne życie na papierze

fot. mac

Z wielkim wzruszeniem czytałem w internecie i oglądałem w telewizji 1 września materiały dotyczące 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Tym bardziej że jak chyba każda polska rodzina moja też doświadczyła skutków tej strasznej wojny.

9 km od Wielunia zbombardowanego w bestialski sposób rankiem 1 września 1939 roku żyła wtedy już we wsi Pątnów jako 1,5-roczna dziewczynka moja mama Krystyna, córka Marianny i Jana Stasiaków. Mój dziadek opowiadał jej, a potem mama mi, że tego dnia słychać było pomruk latających samolotów bojowych i odgłosy bombardowania miasta. 70% jego substancji zostało zburzone, zginęło ok. 1200 mieszkańców.

Potem nastały straszne czasy okupacji: prześladowań i mordowania Polaków, niszczenia wszystkiego, co polskie: społeczeństwa, gospodarki, kultury, religii. Mama pamięta ze swojej dziecięcej okupacji dwa incydenty. Jeden dotyczył jej mamy, która wyraziła niezadowolenie, gdy pod jej ogródek warzywny zapuściły się krowy niemieckiego bauera. Zwróciła uwagę pastuchowi, ten naskarżył na moją babcię gospodarzowi. I za chwilę przycwałował na koniu jakiś Niemiec, na powitanie „poczęstował” babcię Mariannę batem, a potem zarządził przeszukanie obejścia. Na szczęście drabina prowadząca na strych domu była lichej konstrukcji, a „szwab” – przeciwnie, był pokaźnych rozmiarów. Wysłał więc na górę pomagiera, który znał się dobrze z moją rodziną i po pobieżnej inspekcji oznajmił, że poza starymi pierzynami nic tam szczególnego nie ma. W istocie sąsiedzi, którzy musieli się wyprowadzić ze wsi, pozostawili u dziadków na przechowanie swój dobytek, w tym właśnie owe pierzyny.

Drugie przeszukanie w gospodarstwie dziadków Niemcy zrobili po otrzymaniu cynku, że prawdopodobnie dziadek Jan zrobił potajemne świniobicie, co było srodze zakazane w czasach wojny. Rewizja nie przyniosła jednak efektu, więc jeden z Niemców próbował wziąć na spytki moją mamę, wówczas kilkuletnią dziewczynkę. Krysia nic nie wydała, a na pytania „szkopa” odpowiedziała przeraźliwym płaczem. A wiedziała przecież, że np. łeb świni był schowany w oborze za żłobem.

Okupacja u rodziców mojej mamy skończyła się więc na prześladowaniach i strachu, ale wszyscy szczęśliwie doczekali wyzwolenia. Niestety, o wiele bardziej tragicznie odczułą skutki wojny rodzina taty.

Mój dziadek Ignacy Lewandowski został aresztowany przez gestapo i rozstrzelany w styczniu 1940 roku prawdopodobnie w lesie rydzyńskim. Taka adnotacja widnieje na tablicy ku czci ofiar II wojny światowej na cmentarzu parafialnym w Lesznie. Kilkakrotnie opisywałem już w tym miejscu próby ustalenia dokładnych przyczyn aresztowania, a także miejsca egzekucji oraz pochówku mojego dziadka. Mimo szerokiej korespondencji m.in. z ośrodkiem w Bad Arolsen w Niemczech, nie udało się jednak odnaleźć śladów po dziadku.

Ignacy Lewandowski uznany został za zmarłego dopiero w 1947 r. wyrokiem sądu w Lesznie. Żył więc na papierze 7 lat dłużej. W istocie zginął mając 35 lat, a więc w kwiecie wieku.

Robert Lewandowski
redaktor naczelny