Zabrakło grzańca i pajdy ze smalcem

fot. mac

Idą święta, a wraz z nimi jest sporo roboty i wydatków. Po trudach domowych obowiązków chciałby się człowiek zrelaksować, czemu służą m.in. coraz liczniej organizowane jarmarki świąteczne w pobliskich miastach. W tym roku dokładnie przyjrzałem się imprezie nazwanej Poznańskie Betlejem, natomiast – muszą przyznać się bez bicia – przelotnie Jarmarkowi św. Mikołaja w Lesznie. I co? U nas zabrakło mi grzanego wina czy chociażby pajdy chleba ze smalcem, chyba że je przeoczyłem…

Kiedyś żeby zobaczyć prawdziwy jarmark bożonarodzeniowy trzeba było pojechać aż do Berlina czy innego niemieckiego miasta. Obecnie nie trzeba już podróżować tak daleko, bo podobne imprezy, poziomem nie odbiegające od tych za zachodnią granicą, odbywają się we Wrocławiu czy Poznaniu. Ponieważ ostatnio chyba z dwa razy z rzędu odwiedziłem Wrocław, tym razem wybrałem się do Poznania i się… mile rozczarowałem. Wrocławski jarmark miał zawsze wyższe notowania od poznańskiej imprezy. Uważam, że chyba niezasłużenie. Owszem, rynek w stolicy Dolnego Śląska jest większy i atrakcyjniejszy architektonicznie, lecz Poznań też nie powinien się niczego wstydzić. Główne imprezy odbywały się w dwóch miejscach niedaleko siebie: na Placu Wolności i Starym Rynku. Największą atrakcją na placu był olbrzymi diabelski młyn oraz inne elementy wesołego miasteczka, jak karuzele czy rollercoaster z reniferami.

Osobiście nie korzystam z takich atrakcji, ale miło było popatrzeć, jak inni przeżywają emocje pędząc na złamanie karku kolejką górką. Ale były też inne atrakcje, głównie kulinarne. Na każdym rogu pl. Wolności stały stragany z grzanym winem serwowanym w oryginalnym szklanym kufelku (kaucja 15 zł). Było też całe mnóstwo stoisk z jadłem, zwłaszcza z tradycyjnym, polskim: kaszanką, bigosem, kiełbasą, golonką czy pajdą ze smalcem i ogórkiem. Nie zabrakło też folkloru z innych części Polski, Europy czy świata. Skusiłem się na grillowanego oscypka z żurawiną i duży kubek churrosów polanych czekoladą i posypanych pudrem. Prawdziwa bomba kaloryczna, ale czego nie robi się, żeby sobie poprawić nastój, a przy okazji przypomnieć, jak się to wsuwało w kiedyś w Hiszpanii. Palce lizać…

No dobra, dość już o smakołykach. Na Starym Rynku główną atrakcją, obok niezliczonych stoisk, były lodowe rzeźby. Trochę pogoda popsuła szyki, gdyż było za ciepło i dzieła szybko się topiły, ale warto było obejrzeć międzynarodową rywalizację pilarzy specjalizujących się w lodowych rzeźbach. Sprawnie i precyzyjnie operowali specjalnymi piłami i narzędziami, by nie uszkodzić kruchej bryły lodu, a ich rywalizację podziwiały tysiące ludzi pod ratuszem. Na koniec o jarmarku w Lesznie.

Trudno porównywać tutejszy jarmark z tymi w większych miastach: inna skala, inne zapotrzebowanie, inna frekwencja, a na domiar złego kiepska pogoda. Na plus należy zaliczyć widowisko przygotowane na inaugurację, gdzie wystąpili m. in. akrobaci i aktorzy na szczudłach, a Mikołaj zjechał z ratusza na linie. Mogą też się podobać tegoroczne dekoracje na rynku i okolicznych ulicach starówki. Atrakcją dla dzieciaków była też na pewno karuzela na rynku i możliwość zrobienia sobie fotki z Mikołajem i żywymi reniferami. Natomiast trochę brakowało mi stoisk z jadłem i popitką. Robert Lewandowski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*