Zaufała Bogu, a teraz daje nadzieję innym

Anna podczas misji zajmowała się dziećmi w sierocińcu i przedszkolu Fot. arch

Miesiąc temu ukończyła studia na kierunku farmacja na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, a obecnie pracuje w aptece. Gdy nie pracuje oddaje się pasjom i pragnieniom, stąd częste podróże, poznawanie nowych kultur, własna audycja w radiu czy aktywność we wspólnocie akademickiej, która pomaga osobom niepełnosprawnym. Do tego trzeba dodać także szeroko pojęty wolontariat, w tym misyjny.

Pragnienie misyjne było we mnie odkąd tylko pamiętam. Już w podstawówce fascynowały mnie relacje misjonarzy i zdjęcia z Afryki. Ciągle nosiłam to w sobie, czytając i słuchając o „tamtym” świecie. Na studiach włączyłam się w działalność Akademickiego Koła Misjologicznego przy UAM, które zrzesza studentów wszystkich poznańskich uczelni. Rozpoczęłam również aktywną pracę w Studenckim Kole Naukowym „Tropik” przy Katedrze i Klinice Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych na moim uniwersytecie, gdzie zgłębialiśmy wiedzę na temat pomocy medycznej w krajach Trzeciego Świata, również pod kątem farmaceutycznym – wyjaśnia Anna Stachowiak.

Ania miała okazje pojechać na trzy misje poza Polskę. Odwiedziła Izrael, Kazachstan i Etiopię. Pierwsza i druga była głównie pracą w sierocińcu oraz przedszkolu, natomiast trzecią odbyła, jako pomocnica humanitarna, czyli medyczna. W zeszłe lato podczas stażu na University of Kentucky w USA miała również możliwość służyć swoją pomocą w Domu Samotnej Matki w Chicago. Zadania świeckiego misjonarza dostosowane są do potrzeb placówki misyjnej jak i zdolności wolontariusza i wspólnoty, z którą się wyrusza. Jak wspomina swoją pierwszą misję?

Po pierwszym roku studiów w 2013 roku, wyjechałam na miesiąc do Jerozolimy. Myślę, że sierociniec na Górze Oliwnej był odpowiednim miejscem na rozpoczęcie misyjnej drogi, również ze względu na miejsce – Ziemię Świętą. Odwiedziłam różne zakątki świata i dzięki temu mam zupełnie odmienne doświadczenia misyjne. Bo kto pozna tego misyjnego ducha, ten gdziekolwiek by był, szuka okazji do dzielenia się – mówi A. Stachowiak.

Na misje jeździ ze wspólnotą misyjną, która daje poczucie oparcia, bezpieczeństwa, wzmacnia ducha oraz mobilizuje się na wzajem. Jakie rzeczy zabiera ze sobą?

Przede wszystkim entuzjazm wiary i totalne zaufanie Bogu. To On jest najważniejszy w całym tym „misyjnym zamieszaniu” i to Jemu chcemy służyć poprzez pracę na rzecz innych. Jeśli jedziemy odbudować sierociniec to zabieramy sprzęt do naprawiania, jeśli do szpitala w Etiopii to opatrunki medyczne, leki i sprzęt fizjoterapeutyczny, a gdy do przedszkola to przydadzą się przybory szkolne. Ważna jest też otwartość na nowo spotykane osoby czy kulturę, miejsce zamieszkania i spontaniczność – tłumaczy wolontariuszka.

Anna mówi też o najbardziej skrajnych warunkach, które spotkały ją w etiopskiej Awassie, gdzie spędziła prawie dwa miesiące. Brak pewności codziennego dostępu do wody i prądu, bezdomność, bezradność oraz prosta dieta pozwoliły po powrocie do Polski docenić, że warunki, w których żyjemy na co dzień oraz nieograniczony dostęp np. do internetu, mediów, czy żywności sprawiają, że jesteśmy w jednej trzeciej części świata, która nie głoduje i ma poczucie bezpieczeństwa, o czym często zapominamy. W ośrodku misyjnym wszystkim zajmują się siostry misjonarki, ponieważ poza jednym pielęgniarzem, lekarzy po prostu nie ma.

Czy trudno było wolontariuszce przestawić się ze stanu dobrobytu na biedę, która panuję w krajach misyjnych?

Oczywiście! Mimo że ma się tego świadomość przed wyjazdem, to jednak zawsze organizm na początku się buntuje, gdy czegoś mu brakuje. Ciekawą sytuację zaobserwowałam w Afryce. Prostota życia sprawia często, że ludzie są bardziej radośni, ufni i szczęśliwi niż zapędzeni i wpatrzeni w telefony Europejczycy. Dobrobyt nie zastąpi relacji międzyludzkich, więzi i miłości – mówi Anna Stachowiak.

Jej bliscy wiedzieli, że tematyka misyjna jest jej życiem, dlatego byli na to przygotowani. Jednak przed wyjazdami Anna musiała odbyć tzw. formacje. W jej trakcie wolontariusze poznają samych siebie, a przede wszystkim swój charakter w ekstremalnych sytuacjach. Spotykają się też z innymi misjonarzami oraz czytają dokumenty Kościoła o tematyce misyjnej. Przed wyjazdem do Etiopii Anna chodziła na zajęcia do hospicjum. Nabyła tam umiejętności pielęgniarskie do opieki nad chorymi oraz przebywania z pacjentami paliatywnymi.

To, gdzie misjonarze będą służyć, zależy od wspólnoty, która decyduje gdzie dany wolontariusz będzie mógł najlepiej służyć zgodnie ze swoim wykształceniem czy nabytymi umiejętnościami. Czy życie Ani po misjach zmieniło się?

Każde spotkanie z drugim człowiekiem nas przemienia, misje również. Jest wiele kwestii, które zauważyłam i być może zmieniłam po wyjazdach misyjnych. Najważniejsze to badać pragnienia i marzenia, szukać odpowiedzi, a na końcu – zaryzykować. Taka droga pozwala żyć pełnią życia i tego nauczyły mnie misje. Poznałam też lepiej św. Matkę Teresę z Kalkuty, której słowa mnie przenikają. Staram się nieudolnie wprowadzać je w czyn: „Róbcie małe rzeczy z wielką miłością” – czego wszystkim i sobie życzę – wyznaje Stachowiak.

W najbliższym czasie Ania planuje pełnić misje na miejscu. Często wraz z osobami ze wspólnoty jeździ do szkół bądź parafii, gdzie podczas spotkań uwrażliwia na potrzeby innych oraz prowadzi animacje misyjne. Organizuje również zbiórki opatrunków medycznych. Przez trzy lata udało im się wysłać ok.800 kg opatrunków i leków do etiopskiej placówki, a w której przebywa ok. 400 ciężko chorych pacjentów pozbawionych lekarza.

Cały artykuł jest również dostępny w 19 numerze Panoramy Leszczyńskiej z 2018 roku. Zapraszamy do zakupu e-wydania:

AUTOR ARTYKUŁU: Natalia Kurpisz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*