Życie jak scenariusz filmowy

Irena Niewczyk opowiada swoją historię uczniom Szkoły Podstawowej im Bohaterów Westerplatte w Czempiniu. Fot. Gerwazy Konopczyński

Okupacyjny życiorys 93-letniej dziś Ireny Niewczyk z Czempinia mógłby posłużyć za ciekawy scenariusz filmowy. Nie brakowałoby w nim smutku, łez, miłości, strachu, czy tęsknoty. Oprócz tego pozytywnymi bohaterami ekranizacji byliby na pewno konspiratorzy ze Związku Walki Zbrojnej, a negatywnymi – oprawcy z Gestapo.

Zanim jednak wydarzenia związane z tymi postaciami miały miejsce, kilkunastoletnią wówczas Irenkę wojna zaskoczyła 1 września 1939 r. w Gdyni Orłowo, gdzie mieszkała wraz z rodzicami i siostrami.

Kawa z żołędzi

– Właśnie kończyłam 6 klasę i miałam rozpocząć siódmą – opowiada Irena Niewczyk. – Zamiast dzieci udających się na rozpoczęcie roku szkolnego zobaczyłam żołnierzy biegnących po ulicy. Bardzo zapadł mi w pamięci widok naszych chłopców uzbrojonych m.in. w kosy, którzy szli walczyć z Niemcami. Nie mogę zapomnieć o łapankach organizowanych przez hitlerowców na ulicach miasta.

26 października 1939 r. – jak wspomina pani Irena – ulicami Gdyni Orłowa poruszał się niemiecki samochód wyposażony w megafon. Powtarzano komunikat informujący, że wszyscy Polacy mają się wstawić nazajutrz. Cała rodzina wykonała rozkaz. Załadowano ich na ciężarówkę i wywieziono na przedmieścia Gdyni. Tam wraz z innymi spędzili noc dostając tylko po kawałku chleba, miskę zupy oraz kawę z palonych żołędzi. Rano odbył się apel i wszystkich załadowano do wagonów. Mieli jechać na południe kraju.

– Ojciec będący kombatantem I wojny światowej bardzo dobrze znał język niemiecki, ja i siostry zresztą też – wspomina Irena Niewczyk. – Wychodziliśmy z założenia że język wrogów trzeba znać. Rodzice dowiedzieli się, że będziemy przejeżdżać przez Poznań, gdzie mieliśmy rodzinę. Mama była chora i bardzo cierpiała. Tata porozmawiał ze strażnikami i zgodzili się, abyśmy mogli wysiąść w Poznaniu. Po kilku dniach zasiedliliśmy jednoizbowe mieszkanie w centrum miasta. Istniał obowiązek pracy, obejmujący też niepełnoletnich.

Pierwszym miejscem zatrudnienia Ireny Niewczyk był mały warsztat, w którym produkowano kapelusze. Następnie trafiła do sąsiedniego sklepu, by ostatecznie pracować w potężnym zakładzie, w którym wytwarzano części do samolotów.

Masło na ratunek

O tym że nastoletnia Irena została skierowana do działu księgowości fabryki części samolotowych zadecydowało kilka kwestii. Znała dobrze język niemiecki, ale otrzymała też dobre referencje od żony dawnego pracodawcy – właściciela sklepu. On sam został wysłany na front. Z pracą w fabryce wiążą się najbardziej dramatyczne wspomnienia Ireny Niewczyk.

– Ojciec spotkał dawnego znajomego jeszcze z okresu przedwojennego – tłumaczy Irena Niewczyk. – W jakąś niedzielę spotkaliśmy się rodzinnie. Przyjaciel taty przyjechał m.in. z najstarszym synem Antonim. Gdy dowiedział się, gdzie pracuję, poprosił mnie, byśmy się spotkali. Zgodziłam się. Spacerowaliśmy, a w pewnym momencie Antoni powiedział mi, że potrzebowałby informacje o miejscu, gdzie jestem zatrudniona. Podkreślił jednak, iż działalność taka może narazić mnie na śmierć. Dał mi dwa dni do namysłu.

Jak przyznaje, przez ten czas była bardzo niespokojna. Z jednej strony, jeszcze w Gdyni, widząc niemieckich żołnierzy, obiecała sobie, że będzie walczyć o wolność Polski i pokój. Z drugiej strony, bała się konsekwencji w razie wpadki. Po dwóch dniach spotkała się ponownie z Antonim. Wyjaśnił, że ma sporządzić plan, na którym będzie m.in. zaznaczone, w jakiej części fabryki produkuje się części i ilu Polaków w pracuje w fabryce.

– Na moje pytanie, czy mogę się jeszcze zastanowić, odpowiedział że nie, ponieważ już za dużo wiem – dodaje Irena Niewczyk.

Tak się zaczęła konspiracyjna działalność pani Ireny w Związku Walki Zbrojnej. Jej batalion był wielonarodowościowy. Dowódcą był z pochodzenia Rosjanin, dawny białogwardzista Wacek. Działała w nim także Niemka Wilhelmina, która z pobudek osobistych postanowiła walczyć z hitleryzmem. Najbliższą dla niej osobą był jednak Antoni, który później został jej sympatią i po wojnie – mężem.

– W tajemnicy zbierałam informacje o fabryce – mówi Irena Niewczyk. – Uzupełnianą kartkę chowałam w miejscu, o którym tylko ja wiedziałam. Gdy nadszedł czas jej przekazania, zrobiło się nerwowo. Kartkę włożyłam w niemiecką gazetę, która była na spodzie torby. Na niej położyłam książkę, a na górze masło osełkę, o które było trudno.

Aby wyjść z fabryki, trzeba było jednak przejść przez kontrolę. Ustawiła się kolejka. Co trzecia osoba była rewidowana. Wyliczyła, że też to ją czeka. Zrobiło się gorąco, ogromny stres. Podeszła do strażniczki. Kazała otworzyć torbę. Jak tylko zauważyła masło, szybko je zabrała, schowała do szuflady i kazała iść.

– Czekał na mnie Antoni i szybko poszliśmy do dowódcy Wacka, aby przekazać mu kartkę zawierającą plan. Po jej przekazaniu puściły nerwy. Rozpłakałam się. Zdałam sobie sprawę, że kostka masła być może uratowała mi życie – wzrusza się kobieta.

Ofiara Gestapo i ubecji

Podczas łapanki po kilku miesiącach został zatrzymany jeden z konspiratorów. Prawdopodobnie w wyniku jego zeznań zaczęli do gestapowskich katowni trafiać inni.

– Wieczorem 21 grudnia 1943 roku z koleżanką wracałam z pracy – dodaje Irena Niewczyk. – W pewnym momencie zorientowałam się, że ktoś idzie za nami. Doszłyśmy do bramy posesji, gdzie mieszkaliśmy. Podszedł do mnie mężczyzna, który powiedział, że jestem aresztowana. Trafiłam do siedziby Gestapo. Byłam przetrzymywana przez dwie doby. Samo zatrzymanie nastąpiło w sposób kulturalny. Podczas przesłuchania gestapowcy byli jednak brutalni. Byłam bita. W końcu zostałam wypuszczona.

Działalność w konspiracji wiązała się z ogromnym zagrożeniem. Z tego względu każdy wiedział tylko tyle, ile było mu potrzebne. W razie zatrzymania, mieli też ukryte kapsułki z trucizną. Na szczęście nie musiała z niej skorzystać. Po wojnie wyszła za mąż za Antoniego, który ją wciągnął w tą działalność, a sam przeżył m.in. FORT VII i więzienia Moabit w Berlinie oraz w Rawiczu. Po wojnie na wiele lat osiedli w Puszczykowie, by ostatecznie trafić do Czempinia. Pierwsze lata komunizmu były dla nich bardzo ciężkie.

– Do 1956 roku co miesiąc musieliśmy się meldować w poznańskim Urzędzie Bezpieczeństwa – reasumuje Irena Niewczyk. – Dano nam spokój dopiero po wydarzeniach czerwcowych i śmierci Bieruta. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że powinniśmy zrobić wszystko,aby nie było już wojny. Choć tyle wycierpiałam z rąk Niemców, wybaczyłam im. To już inny naród, nie prowadzący agresywnej polityki marszu na Wschód.

Gerwazy Konopczyński