Życie potrafi zaskoczyć, gdy człowiek nie boi się wyzwań

Karolina ( z prawej) z Zuzią podczas praktyk w ambasadzie w Dżakarcie Fot. arch

Leszczyninka Karolina Anna Pawłowska, studentka V roku muzykologii Uniwersytetu Wrocławskiego, spędziła rok na stypendium w Indonezji. Przy okazji dostała się na miesięczne praktyki w polskiej ambasadzie w Dżakarcie. W ub.r. wygrała debiut w konkursie polskich krytyków muzycznych Kropka i będąc jeszcze studentką dostała wymarzoną pracę w Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych w Szydłowcu. Dzięki stypendium dla najzdolniejszych zwiedziła trochę świata. Wydaje się, że jest w czepku urodzona. Sama przyznaje, że ma w życiu szczęście.

Zawsze stawiam sobie wysoko poprzeczkę. W szkole średniej marzyłam o studiowaniu w Anglii. Mieszkała tam moja siostra, więc podjęłam studia na York St John’s University. Studiowałam produkcję muzyczną. Byłam przekonana, że podczas studiów nauczę się jak produkować własne utwory, a tymczasem kierunek nastawiony był bardziej na kształcenie przyszłych inżynierów dźwięku i menadżerów gwiazd sceny muzycznej. Po roku bez żalu zrezygnowałam z nauki i wróciłam do Polski – relacjonuje Karolina.

Poszła na Uniwersytet Wrocławski i chwyciła bakcyla. Zakochała się w muzyce ludowej. To właśnie na jej temat pisze pracę magisterską. Fascynują ją tradycje dudziarskie i koźlarskie w okolicach Zbąszynia. A że nosi ją po świecie, skorzystała z pierwszej okazji, by go lepiej poznać.

Kiedy dowiedziałam się, że rząd Indonezji oferuje roczne stypendia dla studentów, postanowiłam spróbować. Wraz z koleżanką Zuzią zgłosiłyśmy się na rozmowę do ambasady indonezyjskiej. Spodobałyśmy się i otrzymałyśmy stypendium na kierunek związany z tradycyjną muzyką indonezyjską – karawitanem na uczelni w Bandung – mówi Karolina.

W ramach stypendium dziewczyny poznawały tradycyjną muzykę indonezyjską. W teorii i praktyce.

Karolina znalazła się w międzynarodowym gronie studentów. Na stypendium Dharmasiswa przyjechali także Szwedzi, Chorwaci, Japończyk, Francuzka. Irańczyk i Słowaczka. Wszystkich łączyła miłość do muzyki.

Poznałam Indonezję z perspektywy mieszkańca, a nie turysty. To bardzo cenne doświadczenie. Mieszkaliśmy w domu studenckim, w którym o wygodach można było zapomnieć. Pokoje dzieliliśmy z …gekonami. W kuchni pod lodówką mieszkał szczur. Regularnie w pokojach odwiedzały nas także karaluchy i nietoperze. Nie było łatwo, ale starałyśmy się być silne. Niesamowici ludzie, widoki i fantastyczna kuchnia wynagradzały takie niedogodności – przekonuje Karolina.

Bandung to miasto założone przez holenderskich osadników. Mieszka w nim 6 milionów ludzi i z każdej strony jest otoczone górami. Miejsce wyjątkowo malownicze. Niedaleko Bandung Karolina mogła podziwiać wulkan z którego wciąż dymiło, jezioro siarkowe i wspaniałe wodospady.

Kąpiel w wodospadzie była ekscytująca. Oczywiście, przestrzegałyśmy tamtejszych zasad i dlatego kąpałyśmy się w koszulkach i szortach. Wyjście w bikini było nie do pomyślenia. Zresztą w Indonezji panuje kult jasnej cery. Nikt z miejscowych na plaży się nie opala. W sklepach trudno dostać zwykłe kosmetyki, gdyż większość z nich ma działanie wybielające skórę – mówi.

Fakt że Karolina i jej przyjaciółka były białe ułatwiał im kontakt z ludźmi. Znajome z Europy podnosiły status społeczny zwykłego Indonezyjczyka, dzięki czemu często były zapraszane do ich domów

To bardzo gościnni, serdeczni i otwarci ludzie, powinniśmy się tego od nich uczyć – uśmiecha się studentka.

Zachwycająca, a co najważniejsze tania, była także kuchnia. Karolina przekonuje, że miejscowe przysmaki nie mają sobie równych i rozpływała się przy każdym kęsie potraw o dziwnie brzmiących nazwach: pempek, lumpia i mie-bakso. Karolina Bodzińska

Cały artykuł dostępny jest w 2 numerze Panoramy Leszczyńskiej z 2018 roku.

Zapraszamy do zakupu e-wydania:

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

*